Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Wywiad z: Brucem Dickinsonem
Przeprowadził: Jarosław Szubrycht
Data: 11.2001
Źródło: interia.pl
Na stronie od: 10.11.2001


Jarosław Szubrycht: Płyty "Best of..." to zwykle zbiór nieco zakurzonych już przebojów emerytowanych gwiazd muzyki pop. Z muzyką pop nigdy nie miałeś nic wspólnego, z listami przebojów również niewiele, a i na emeryturę się nie wybierasz. Po co więc ukazała się taka płyta, jak "Best of Bruce Dickinson"?

Bruce Dickinson: Jestem wokalistą rockowym, a właściwie metalowym, co oznacza, że moje najlepsze utwory w ogóle mogły nie zaistnieć na listach przebojów. Kilka razy jednak udało mi się wydać singel, który odniósł spory sukces. "Tattooed millionaire" był hitem w Wielkiej Brytanii, "Tears of the dragon" stał się przebojem w kilku krajach, parę innych utworów również trafiło na listy, ale nie zamieściliśmy ich na tej płycie. Ten "Best of..." jest płytą zawierającą te moje utwory solowe, które z dzisiejszej perspektywy podobają mi się najbardziej, a to, czy w swoim czasie zostały zauważone, było dla mnie bez znaczenia. Zresztą druga płyta zawiera kompozycje, których większość moich fanów najprawdopodobniej nigdy w życiu nie słyszała i nie usłyszałaby, gdyby nie to wydawnictwo.

Jarosław Szubrycht: O ile wiem, część utworów pochodzi z tzw. Zaginionego Albumu. Mógłbyś coś więcej o nim powiedzieć?

Bruce Dickinson: Kiedy odszedłem z Iron Maiden, nagrałem dwie płyty, ale nigdy nie zostały one wydane. Materiał, który się na nich znalazł, po latach zyskał miano Zaginionego Albumu, tylko dlatego, że ludzie nigdy nie mieli okazji go usłyszeć. Co ciekawe, kiedy grzebałem w archiwach w poszukiwaniu nagrań, które miały trafić na "Best of Bruce Dickinson", okazało się, że taśmy matki zawierające większość nagranych wtedy utworów rzeczywiście zaginęła. Gdyby nie to, znalazłoby się tu ich trochę więcej... Na szczęście udało mi się znaleźć inne niepublikowane numery i zapełnić lukę. Dzięki temu usłyszycie na przykład utwór zatytułowany "Dracula", który nagrałem jeszcze będąc studentem, w 1977 roku. Po raz pierwszy byłem wtedy w studiu nagraniowym i razem z kumplami zarejestrowaliśmy demo naszego zespołu.

Jarosław Szubrycht: Zaintrygował mnie również utwór o tytule "I'm in a band with an italian drummer" ("Gram w zespole z włoskim perkusistą"). Możesz przytoczyć jego historię?

Bruce Dickinson: Ach, to jest piosenka, którą napisaliśmy w formie żartu podczas sesji nagraniowej "Skunkworks". Potrzebowaliśmy dodatkowego numeru na stronę B jakiegoś singla i Chris Dale, nasz basista, szybko wymyślił zabawny kawałek w stylu Franka Zappy, zatytułowany "I'm in a band with an italian drummer". Jego bohaterem był oczywiście nasz włoski perkusista Alex Elena, bardzo barwna postać, prawdziwy ekscentryk...

Jarosław Szubrycht: Spośród kilkunastu utworów zawartych na "Best of Bruce Dickinson", na pewno potrafisz wyróżnić ten jeden, jedyny...

Bruce Dickinson: Myślę, że gdybym musiał wybrać jeden, najważniejszy, wskazałbym "Bring your daughter... to the slaughter", bo od tego utworu wszystko się zaczęło. To dzięki niemu zdobyłem się na nagranie płyty "Tattooed millionaire" i podpisałem pierwszy kontrakt solowy. Co prawda wersja "Bring your daughter... to the slaughter", która znalazła się na moim wydawnictwie, znacznie odbiega od znanego wszystkim wykonania Iron Maiden, ale to właśnie ona jest oryginalna.

Jarosław Szubrycht: A co powiesz o "Wicker man"? Kompozycja o takim samym tytule trafiła na pierwszy singel wydany po twoim powrocie do Iron Maiden.

Bruce Dickinson: Całkowity zbieg okoliczności. Ta wersja "Wicker man" powstała jakieś cztery lata przed moim powrotem do Iron Maiden i poza tytułem nie ma nic wspólnego z tą, którą znacie z "Brave new world".

Jarosław Szubrycht: Czy pisanie utworów na płytę Iron Maiden i praca nad albumem solowym bardzo się różnią?

Bruce Dickinson: Największa różnica to muzycy, którzy ze mną grają. Nad kompozycjami, które trafiają na moje wydawnictwa solowe pracuję od dłuższego czasu z Roy'em Z, z którym świetnie się rozumiemy i uzupełniamy. Natomiast jeśli chodzi o Iron Maiden, to wszyscy muzycy tej grupy są tak silnymi osobowościami artystycznymi, że już po pierwszych dźwiękach można rozpoznać, jaki to zespół. Każdy utwór zagrany w tym składzie zmienia się natychmiast w utwór Iron Maiden.

Jarosław Szubrycht: Twój triumfalny powrót do Iron Maiden nie oznacza, że zamierzasz porzucić karierę solową?

Bruce Dickinson: Nic z tego. W przyszłym roku zamierzam nagrać kolejną płytę solową, za którą zabierzemy się z Roy'em, kiedy tylko skończy nagrywanie nowego materiału Halforda. Również w przyszłym roku zamierzamy nagrać następny album studyjny Iron Maiden, więc czeka mnie niemało pracy.

Jarosław Szubrycht: Wciąż zamierzacie grać na trzy gitary?

Bruce Dickinson: Jasne! A co, uważasz, że to zły pomysł?

Jarosław Szubrycht: Na koncertach to świetnie brzmi i jeszcze lepiej wygląda, ale nie jestem w stanie sobie wyobrazić kłótni w studiu i licytowania się, kto ma zagrać którą partię.

Bruce Dickinson: Nic takiego się nie dzieje. Kiedy pojawia się jakiś problem, Adrian, Janick i Dave idą do kąta i tam nad nim dyskutują. Nie wiem, co sobie mówią, ale to zawsze działa. (śmiech)

Jarosław Szubrycht: Czy "Silver wings" i "Broken", dwie nowe kompozycje, które trafiły na "Best of Bruce Dickinson", są w jakimś stopniu zapowiedzią tego, czego możemy spodziewać się po twoim następnym materiale?

Bruce Dickinson: Nie, nic z tych rzeczy. To po prostu numery, które napisaliśmy z myślą o tym materiale. Doszliśmy do wniosku, że kolekcja staroci to fajna rzecz, ale dwie nowości dodatkowo podniosą jej atrakcyjność.

Jarosław Szubrycht: Większość heavymetalowych artystów spełnia się w tekstach o smokach, lataniu w kierunku tęczy i tym podobnych zagadnieniach. Ty, zarówno w Iron Maiden, jak i na solowych płytach, piszesz teksty znacznie bardziej poważne, często osadzone w literaturze i historii. Czyżbyś wyznaczył sobie misję edukowania swoich fanów?

Bruce Dickinson: Nie, to nie to. Moja misja polega na pisaniu tekstów, których później nie musiałbym się wstydzić. (śmiech) Nie wiem co prawda, o czym będą teksty na mojej nowym albumie, jeszcze na to zbyt wcześnie, ale prawdopodobnie znów pokuszę się o napisanie płyty koncepcyjnej, takiej jak "The chemical wedding".

Jarosław Szubrycht: Kilka miesięcy temu zorganizowałeś za pośrednictwem serwisu eBay.com niecodzienną aukcję. Pięciu fanów metalu, którzy zaoferowali największą sumę, zostało zaproszonych na pokład samolotu pilotowanego przez... Bruce'a Dickinsona. Co się stało z tym pieniędzmi?

Bruce Dickinson: Zebraliśmy prawie 11 tysięcy dolarów, które zostały równo podzielone pomiędzy fundację Scope i hospicjum Ian Rennie. Ze Scope, funduszem wspierającym różnego rodzaju akcje charytatywne, moja wytwórnia współpracuje od wielu lat i uważam, że to wspaniała tradycja. Natomiast pomysł wsparcia hospicjum Ian Rennie wziął się stąd, że jeden z moich przyjaciół z Sanctuary ma nieuleczalnie chorego syna i właśnie do nich zwrócił się po pomoc. To jest hospicjum, dzięki któremu umierające dzieci mogą spędzić swoje ostatnie chwile w domu, z rodzicami, zamiast w obcym, nieprzyjaznym szpitalu. Jakkolwiek długo lub krótko miałyby jeszcze żyć, przynajmniej z tego powodu mogą być szczęśliwe...

Jarosław Szubrycht: Czy zawsze kiedy pilotujesz samolot, zakładasz białą koszulę i krawat?

Bruce Dickinson: Zawsze kiedy pełnię funkcję profesjonalnego pilota i mam ludzi na pokładzie. Tak było w przypadku tych lotów, które przy okazji były naprawdę świetną zabawą.

Jarosław Szubrycht: Jak doszło do tego, że latanie stało się twoją pasją?

Bruce Dickinson: Od dziecka interesowałem się samolotami i uwielbiałem latać jako pasażer, ale przełom nastąpił chyba w 1993 roku. Zaraził mnie tym Nicko McBrain, który poszedł kiedyś na kurs pilotażu, zrobił licencję i podczas jednej z naszych tras po Stanach latał z miejsca na miejsce własnym samolotem, razem z garstką przyjaciół. Raz czy dwa zabrał mnie na pokład i wtedy połknąłem bakcyla. Zacząłem godzinami przesiadywać przy symulatorze lotów, którego zainstalowałem sobie na swoim komputerze, aż podczas jakichś wakacji pomyślałem sobie, że w końcu czas na kolejny krok, czas zrobić to naprawdę. Pierwszy lot to było coś niesamowitego, tak wspaniałego, że aż w głowie się nie mieści!

Jarosław Szubrycht: Jak opisałbyś przyjemności płynące z siedzenia za sterami samolotu komuś, kto nigdy tego nie doświadczył?

Bruce Dickinson: Hm... to bardzo trudne. W lataniu, poza wszystkimi czynnościami z nim związanymi, takimi jak przygotowanie samolotu, oderwanie go od ziemi i lądowanie, najbardziej lubię przepiękną ciszę i spokój, które osiąga się na dużej wysokości. Lecąc można się doskonale wyciszyć, zapomnieć o zmartwieniach, a wszystkie myśli związane z tym, co zostawiło się na ziemi, nie martwią cię w ogóle, przestają obchodzić.

Jarosław Szubrycht: Jakiś czas temu zadebiutowałeś w roli dziennikarza radiowego. Prowadziłeś program zatytułowany "Przyszliśmy po wasze dzieci", poświęcony oskarżaniu muzyki rockowej i metalowej o zgubny wpływ na młodzież. Jak do tego doszło?

Bruce Dickinson: Ludzie z BBC Radio One zadzwonili do mnie pewnego dnia i zapytali, czy nie miałbym ochoty poprowadzić takiej audycji. Przeczytałem scenariusz i doszedłem do wniosku, że to całkiem fajny pomysł. Wiesz, nie zaproponowali mi tego, bo odkryli we mnie nadzwyczajne zdolności dziennikarskie, ale po prostu mój głos pasował im do koncepcji programu. (śmiech) Jeżeli chodzi o temat programu, to nie wierzę, by metal mógł sprowokować kogoś do popełniania przestępstw, do mordowania czy strzelania do przypadkowych ludzi. Jestem przekonany, że każdy człowiek, który posuwa się do takich czynów ma o wiele ważniejsze powody, których nigdy nie poznamy, niż to, czego właśnie słucha w samochodzie. Muzyka nie jest aż tak ważna, nie przesadzajmy...

Jarosław Szubrycht: A gdyby ktoś oskarżył cię wprost, że jakiś młody człowiek popełnił samobójstwo pod wpływem muzyki Iron Maiden?

Bruce Dickinson: Daj spokój, fani Michaela Jacksona nie popełniają samobójstw?

Jarosław Szubrycht: We wkładce do "Best of Bruce Dickinson" napisałeś, że nie powinno się mylić sukcesu z wynikami sprzedaży płyt. Czym więc jest dla ciebie sukces?

Bruce Dickinson: Sukces to rzecz bardzo osobista, niekoniecznie związana z tym, co dzieje się w mediach i na listach przebojów. Jeżeli artysta czuje się szczęśliwy i spełniony, jeśli może spojrzeć wstecz i stwierdzić, że to, co nagrał w ciągu ostatnich 10 lat było i wciąż jest naprawdę dobre, wtedy możemy mówić o sukcesie.

Jarosław Szubrycht: Miałeś kiedykolwiek chwile zwątpienia, ochotę na rzucenie muzyki?

Bruce Dickinson: Oczywiście, że tak. Kilka razy myślałem już, że nagrywam ostatnią płytę w swoim życiu, że nie znajdę już więcej siły. Najgorszy okres w mojej karierze to czas albumu "Skunkworks", wtedy wszystko naprawdę wisiało na włosku. Trzeba jednak umieć sobie z tym wszystkim radzić, bo po chwilach ciemności zawsze wychodzi słońce.

Jarosław Szubrycht: Jako artysta solowy otarłeś się raz o fonograficznego giganta, kiedy płyta "Balls to Picasso" ukazała się w Stanach Zjednoczonych nakładem wytwórni Mercury. Co poszło nie tak?

Bruce Dickinson: Wewnętrzne kłopoty wytwórni, przez które poleciała wtedy ponad połowa związanymi z nimi wykonawców. Z dzisiejszego punktu widzenia uważam jednak, że Mercury to nie było miejsce dla mnie. Co innego Sanctuary, firma prowadzona przez ludzi, którzy naprawdę kochają tę muzykę i wiedzą, jak ją promować. Nie zdajesz sobie nawet sprawy z tego, ile Sanctuary włożyli wysiłku i pieniędzy w odkupienie praw do całej mojej solowej dyskografii. Żadna duża firma nie zawracałaby sobie tym głowy...

Jarosław Szubrycht: Czy twoja działalność solowa będzie ograniczała się wyłącznie do nagrywania płyt, czy zamierzasz również grać koncerty?

Bruce Dickinson: Na pewno nie będzie trasy promującej "The Best of Bruce Dickinson". Dopiero skończyliśmy gigantyczne tournee Iron Maiden i ludzie wiedzą, jak wyglądam, a bardzo nie chciałbym się im znudzić. (śmiech) W przyszłości jednak chciałbym grać swój materiał solowy, choćby sporadycznie, może w wersjach akustycznych. Wiele jednak zależy od planów Iron Maiden.

Jarosław Szubrycht: Dziękuję za rozmowę.