Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Tytuł: Johnny B's roar from the road, part 11
Autor: Johnny B
Data napisania: 22.06.2000
Autor przekładu: Brangien
Źródło: IronMaiden.com*
Na stronie od: 02.08.2000

*Artykuł objęty prawami autorskimi, zamieszczony za zgodą w/w serwisu.

Zobacz wersję oryginalną.

Cześć wam

Lecimy dzisiaj do Katowic, do Polski. Jednak dziś nie zaczęło się tak dobrze jak wczoraj w Wielkiej Brytanii, gdzie było po prostu wspaniale. Temperatura sięgała 90°F (~50°C) , nie pamiętam kiedy ostatnio było tak gorąco. W moim biurze, gdzie były otwarte wszystkie okna i działały dwa wentylatory, dochodziło do 33°C.

Dziś jednak jest to zupełnie inna historia. Jestem w drodze na lotnisko, by spotkać załogę naszej Gąski ("Bruce Goose" czyli Gęś Bruce'a to ich samolot - przyp. Bran), z niebios się leje. Jestem jednym z tych ludzi, na których nie robią wrażenia samochody, które kosztują właścicieli tyle samo co mały dom, więc spieszę drogą M25 w mej małej Hondzie Civic. Biedactwo nienawidzi deszczu. Docieram na skrzyżowanie z M1 i... tu normalna jazda się kończy. Typowa cholerna Wielka Brytania. Troszkę deszczu i cały kraj zwalnia do prędkości ślimaczego chodu. Musze tam być na 11:30 rano. Wyjechałem z domu o 9:45, co dawało mi więcej niż wystarczająco dużo czasu. Jednakże przez ostatnie 20 minut nie ruszyłem się z miejsca, a teraz jest 11:10. Harry dzwoni i pyta ile mi jeszcze to zajmie. Tylko kto to może wiedzieć. Musiałem śmigać drogami bocznymi by zyskać na czasie i wreszcie docieram na odcinek M1, gdzie korek rozluźnia się.

Wystartowałem jak kierowca wyścigowy Davey Moynes i zgarnąłem po drodze mandat. A przynajmniej tak mi się wydaje, gdyż widziałem radar znikający w moim wstecznym lusterku. Wystrzeliłem Hondę jak gokarta, i dotarłem na lotnisko o 11:38. Harry i Nicko już się zaczęli niepokoić, a ja w porę odzyskałem doskonały humor. Jednakże... ciężarówka z paliwem, która już powinna była napełnić samolot gotowy na nasz wyjazd wciąż jeszcze nie skończyła, więc przegapiliśmy nasze miejsce startowe i musieliśmy czekać na następne, które było za 30 minut. Uch!

Lot do Pragi, gdzie musieliśmy zatankować, trwał 3 godziny. Wysiadamy z samolotu w Pradze a ukrop odbiera nam dech. Jest ponad 100°F. (56°C) Harry i ja siedzimy pod skrzydłem w cieniu, ale Nicko stoi na drodze i powtarza "Jest wspaniale... czyż nie?!" Kocha ukrop, bo przypomina mu o jego domu na Florydzie.

Wkrótce samolot jest już zatankowany i jesteśmy w drodze do Polski. Kiedy przybywamy, temperatura jest tak samo wysoka. Fakt, jest duszno. Załadowujemy oczekujący minibus i już jesteśmy w drodze na spotkanie z resztą w hotelu. Spóźniamy się, więc jest to dosłownie wrzucenie swoich rzeczy do pokoju i powrót do recepcji by załadować się do autobusu do miejsca koncertu. W hotelu wszędzie jest mnóstwo fanów, także ciężko nam było dostać się do tego autobusu. Nie jedliśmy od śniadania, więc wszyscy umieramy z głodu. Jednak, jak zawsze, zespół chętnie daje się fotografować, podpisuje płyty, koszulki, a nawet broszury. 15 minut później jesteśmy już w drodze na koncert.

Obiekt wygląda fantastycznie. Wygląda jak gigantyczny latający spodek. Zrobiłem parę zdjęć i powinny one być dostępne w sieci dla was wszystkich. Na zewnątrz spotkałem furę fanów, którzy tłumaczą, że są bardzo dumni że Iron Maiden przyjechali do Polski. Miejsce (Spodek - przyp. Bran) wewnątrz już nie jest tak kosmiczne, jak na zewnątrz i walczyłem, aby się dostać do sieci. W końcu poddałem się, gdyż nikomu innemu też się to nie udało, będę próbował gdy wrócę do hotelu.

Spodek jest załadowany, totalnie załadowany. Trybuny są świetne, tak jak i ludzie zebrani na płycie. Miło jest ponownie zobaczyć kolegów z Deed (Dirty Deeds - przyp. Bran.).

Bruce powiedział, że w Lipsku będzie 98°F (54°C). Będziemy mogli smażyć śniadanie na pasie startowym.

Tłum jest fantastyczny. Stawiam ich tak wysoko jak Banska i Earls Court. Wypluwali własne płuca, a kiedy Bruce zapytał ilu ludzi ma nowy album "Brave New World", ponad 75% musiało podnieść ręce. Mówili poważnie sądząc po ilości kopii nowego albumu, jaką widziałem u fanów, gdy prosili o autografy.

Wszystko szło dobrze. "Sign Of The Cross" było fantastyczne. "The Trooper" był świetny tego wieczoru. Cztery dziewice były znakomite i naprawdę pasujące do całości. Gratuluję, miłe panie. Polskie kobiety są takie piękne. Nic dziwnego, że wy Polacy jesteście zawsze tacy szczęśliwi. Kraj jest pełen wspaniałych kobiet. Zrobiłem parę świetnych zdjęć, kiedy publiczność świetnie się bawi... zespól zresztą też. Mamy za pasem następny show, zatem ruszamy z powrotem do hotelu. Próbuję godzinami dostać się do sieci, ale po kilku minutach połączenie się zrywa i trzeba próbować ponownie.

Następnego ranka ruszamy na lotnisko, by lecieć w "Bruce Goose" do Warszawy. Nigdy tam nie byłem i nie bardzo wiem czego oczekiwać. Jest to wspaniałe miejsce. Kolorowe i brzęczące. Każdy był bardzo przyjazny a fani bardzo grzeczni. To wielka różnica, gdy jesteście grzeczni i zespół NAPRAWDĘ to zauważa. Jeśli przyjdziesz pośpiesznie i zarzucisz ramię na nich i żądasz zdjęć, wówczas są mniej chętni do bycia uprzejmymi (będą tak robić... zawsze tak robią), niż jeśli powiesz cześć i POPROSISZ o fotkę. Po pierwsze będą z tobą rozmawiać bardziej otwarcie, a po drugie uzyskasz o wiele lepsze zdjęcie z wesołym i uprzejmym członkiem zespołu.

Mamy bardzo wyboistą i gorącą jazdę do hotelu. W busie nie ma klimatyzacji a powietrze, które wpadało przez okna jest jak z suszarki. To jest dość wyczerpujące i czuję się nieco zemdlony. Dodatkowo boli mnie trochę gardło. Nicko powiedział mi, że to efekt mikstury z klimatyzacji w pokojach oraz zanieczyszczenia powietrza w Polsce.

Naprzeciw hotelu znajduje się FANTASTYCZNIE wyglądający budynek. Bruce odprawia swą tradycyjną rolę pilota turystycznego (w każdym kraju daje nam krótką rewizję o kulturze kraju i o wspaniałych rzeczach, jakie można zobaczyć. Niewiele jest rzeczy, o których nie wie) i wyjaśnia, że jest to "podarunek" od Stalina dla Polski. Zdaje się, że Stalin zdecydował, że każdy okupowany kraj powinien mieć replikę wielkiego gmachu rządu ZSRR, jaki znajduje się w Moskwie. To był jego "prezent" dla tych krajów. Wydaje mi się, że to dlatego śpiewacie "The Clansman" tak głośno. Zrobiłem parę zdjęć tego wspaniałego widoku i wrzuciłem do sieci.

Jedziemy do hotelu i w międzyczasie Nicko, Harry i ja próbujemy odgryźć sobie nawzajem ramiona, tak jesteśmy głodni. Cóż, jest tylko jedno wyjście w takich sytuacjach - MAC ATTACK. Widzimy drogowskazy do błogosławionych "Złotych Łuków" i odłączamy się od zapchanych warszawskich dróg. Po tym jak prawie zostaliśmy zabici przez tramwaj, docieramy do budynku mieszczącego ogromny znak McDonald's. Drepczemy przez jakieś 20 minut przez podziemny świat metra i nie możemy znaleźć Maccy D's. W końcu zatrzymaliśmy tą śliczną panią i poprosiliśmy o wyjaśnienie ulotki. Na odwrocie jest "spotkajmy się w McDonald's" i w rzeczywistości jest on pół mili (jakieś 800m.) w przeciwnym kierunku.

Zawędrowaliśmy z powrotem do podziemia. Tam jest zupełnie fascynująco. Chciałbym mieć trochę czasu aby się zatrzymać i rozejrzeć, ale... obowiązek wzywa i mam zdjęcia z ostatniej nocy do wyczyszczenia, poprawienia i skompresowania.

W podziemiach Warszawa ma rozwijające się środowisko handlowe. W Wielkiej Brytanii możemy mieć mały kiosk, czy bar kanapkowy, w Warszawie natomiast znajduje się cały deptak ze sklepami. Pamiątki, aparaty fotograficzne, piekarnie, sklepy z ubraniami, pralnie, sklepy sportowe... Cokolwiek wymienisz - jest tam, pod miastem. Wreszcie znaleźliśmy MD's i kolejki są tam straszliwe. Każdy z nas stanął w innej kolejce i kto pierwszy dostanie się do początku, wprowadza resztę. Kolej padła na Nicko, Harry'ego i mnie, żeby zainicjować MAC ATTACK. Dzisiaj jest kolej Nicko, ale jak zwykle Harry dostaje się pierwszy i chce zapłacić. Nie trwało to długo, gdy fani wypatrzyli zespół i kolacja została zakłócona. Zapytaliśmy, czy chłopaki mogą najpierw zjeść swój posiłek zanim przystąpią do podpisywania autografów. Po kilku minutach już słychać chór: "Maiden, Maiden, Maiden" rozlegający się po sklepie. Załoga sklepu nie może zrozumieć co się dzieje.

Często słyszy się określenie "Rip off Britain"... A co wy na to! Kupiłem dwie kanapki McChicken, duże frytki i duży koktail mleczny i doszło do kilku pensów powyżej dwóch funtów (czyli trochę ponad 13zł). DWÓCH FUNTÓW! I sklep wciąż miał z tego zysk. Niedobrze się robi. Jaki był posiłek... świetny. Dwa uściski dłoni, autografy i zdjęcia, później jesteśmy już w drodze powrotnej do hotelu.

Bruce zawołał nas, abyśmy zobaczyli lód obrastający skrzydła. To alarmuje Harry'ego i mnie, ale dla Bruce'a to świetna zabawa. Trzepie w któreś z tysięcy włączników w kokpicie i lód łamie się i znika. Nowoczesna technologia, ech!

Spędzam około trzech godzin próbując dostać się do internetu. Mogę się dostać, ale połączenie tracę tak szybko, jak je uzyskuję. Zadzwoniłem do recepcji a oni przysłali "eksperta". Odłącza mój modem i podłącza mój komputer do telefonu przy łóżku. Potem mówi mi, że to mój komputer jest temu winny! Okay, miałem tego dość. Próbowałem jeszcze z łączem na podczerwień, ale ono tez się zrywało i było takie... p o w o l n e. Wreszcie wrzuciłem pliki na CDR i poszedłem do lokalnego centrum biznesu i władowałem je od nich.

Przedstawienie było kolejnym wspaniałym i miejsce było fantastyczne. Biuro produkcyjne było tu największe, jakie mieliśmy podczas tej trasy. Moglibyśmy zagrać w nim w piłkę. Obiekt (Torwar - przyp. Bran) miał właśnie remont dachu, więc ekipa nie mogła powiesić takiego ciężaru, jakiego normalnie używamy. To oznaczało, że nie mogliśmy użyć wszystkich wszystkich efektów specjalnych na to przedstawienie, ani też tła do piosenek takich jak "The Clansman", czy "The Trooper", itd. Publiczność była wspaniała.

Do zobaczenia gdzieś, z moim aparatem fotograficznym.

UP THE IRONS


Johnny "nie mogłem być pod większym wrażeniem" B