Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Tytuł albumu: Virtual XI
Autor recenzji: Negrin
Data napisania recenzji: 30.12.1998
Na stronie od: 17.06.2000

Recenzja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



Nowa produkcja IRON MAIDEN była dla mnie na prawdę ciężkim orzechem do zgryzienia. Nie słyszałem (wiem, błąd!) "The X Factor", wiec "Virtual XI" było dla mnie właściwie (poza "Man on the Edge" i "Virus" ze składanki "Best of The Beast") pierwszym spotkaniem z Dziewicą "ery Bayleya". Problem zaś tkwi w tym, że z jednej strony nie chcę "skrzywdzić" tego nowego oblicza jednego z mych ukochanych zespołów, z drugiej jednak mój wzrok sam podąża w kierunku drzwi mojego pokoju, na których wisi wielki plakat IRON MAIDEN z Brucem Dickinsonem na pierwszym planie...

W gruncie rzeczy "Virtual XI" nie jest albumem złym. Gdyby taką płytę nagrała jakaś nieznana kapela, powiedziałbym zapewne "To jest niezłe... Brzmi jak tacy Ironi, tylko z mniejszą parą". No właśnie, czego głównie brakuje temu krążkowi, to owa "para" - siła, która była niejako znakiem rozpoznawczym IRON MAIDEN przez lata. Głos Blze'a nie ma tej porywającej mocy, jaką ma niepowtarzalny wokal Bruce'a, czy choćby takiego metalowego zacięcia, jak Paul Di'Anno, pierwszy wokalista IM. Również gitary nie są taką pędzącą maszyną, taką ścianą dźwięku jak niegdyś. Nie chodzi tu nawet o to, że Jannick Gers jest gorszy od Adriana Smitha (choć zapewne mimo wszystko jest), ile o to, że utwory są tak napisane. Jeden niezawodny bas Harrisa galopuje jak dawniej i wciąż jest równie charakterystyczny.

Poszczególne kompozycje są w dużym stopniu inne - wolniejsze, lżejsze, rzekłbym bardziej monotonne. To ostatnie uczucie wzmaga pewna denerwująca maniera pojawiająca się w większości piosenek: powtarzane do znudzenia po 10-15 razy refreny (np. w "The Angel and the Gambler"). Nie wiem, jak reagują na to inni, mnie osobiście to razi.

Utworami, które moim zdaniem w większym niż pozostałe stopniu "bronią się" są "The Clansman" (jeden z najdłuższych na płycie, ale przez to najbardziej chyba zróżnicowany), po części może jeszcze "Futureal"... Reszta? No cóż, zwykłe kawałki Maidenów w mniej porywającej aranżacji. Owszem, wpadające czasem w ucho ("Don't Look To The Eyes Of A Stranger" chodziło za mną bez przerwy przez trzy dni), nie są też wstydem dla IM, lecz słucha się ich bez dreszcza, bez specjalnego zainteresowania, niejako machinalnie kiwając głową w rytm muzyki. Tym niemniej polecam tolerancyjnym fanom Iron Maiden, tym, którzy szukają w tej muzyce czegoś nowego, jak również tym, którzy (o zgrozo!) nie zetknęli się jeszcze z Żelazną Dziewicą - może ich nawet zachęcić do zagłębienia się w Jej dawniejsze dokonania.