Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Tytuł albumu: No prayer for the dying
Autor recenzji: Tomasz "YtseMan" Wącławski
Data napisania recenzji: 10.08.2001
Na stronie od: 18.09.2001

Recenzja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



Istnieje książka autorstwa Jacka Higginsa pt. "A prayer for the dying", czyli "Modlitwa za konających". Została ona wydana piętnaście lat przed ukazaniem się płyty i moim zdaniem jest najlepszą książką tego pisarza. Nie wiem czy była ona (lub film zrealizowany na jej podstawie) inspiracją przy nagrywaniu płyty Iron Maiden, ale niewątpliwie jest to możliwe. Jest jednak jedna rzecz, której można być pewnym: o ile "Modlitwa za konających" jest najlepsza w dorobku Higginsa, to "No prayer for the dying" na pewno NIE jest najlepszą płytą Iron Maiden. Więcej nawet - w mojej opinii - nie licząc "ery Bayley'a" jest to płyta najsłabsza. Ale akurat w tym przypadku "najsłabsza" nie oznacza słaba, bo przecież muzycy tworzący Iron Maiden nie mogliby zejść poniżej pewnego poziomu i płyta jest w sumie dobra, ale na większe zachwyty nie zasługuje. Jest to szczególnie widoczne na tle dwóch "sąsiadujących" płyt: "Seventh son of the seventh son" i "The fear of the dark", które są rewelacyjne. "No prayer..." znalazła się trochę jak między młotem a kowadłem. Są oczywiście na niej utwory znakomite, ale są też utwory po prostu średnie, odstające od tego, do czego nas przyzwyczaiła Żelazna Dziewica.

Tak więc, aby jak najszybciej mieć za sobą fragment dotyczący słabszych nagrań, który dla mnie, jako fana Ironów jest niewątpliwie bolesny, najpierw trochę o tym, co na płycie nie do końca mi się podoba. Najkrócej rzecz ujmując, chodzi o to, że mamy tu kilka nagrań, którym brakuje energii i tempa, tak typowych dla Iron Maiden. Piosenki takie jak "Public enema number one", "Fates warning" czy "Run silent run deep" sprawiają wrażenie "wypalonych" i choć nie są to złe piosenki, to po prostu to nie jest "to". Jako tako bronią się "The assasin", który stara się nawiązać klimatycznie do "Killers" i w sumie całkiem nieźle by to wyszło, gdyby nie idiotyczny chórek w refrenie, oraz "Mother Russia", która w części "wokalowej" jest monotonna i nieco nudnawa, ale w dość rozbudowanej części instrumentalnej robi całkiem przyjemne wrażenie.

Uff, dobra, załatwiłem tę nieprzyjemną część w miarę szybko i teraz (po prysznicu, gdyż poczułem się zbrukany, że muszę tak pisać o Ironach :) ) przejdę do tych numerów, które są dobre, bądź bardzo dobre.

"Tailgunner" - moim zdaniem najlepszy utwór na płycie, który w kompozycji i stylu kojarzy mi się nieco z "Moonchild"; świetne intro z rozbrajającym basem i rozpruwającym wejściem Dickinsona; fantastyczny refren, gdy melodyjne "Climb into the sky, never wonder why" wpada na agresywne "Tailgunner"; trzeba tu także podkreślić fantastyczną grę Harrisa.

"Holy smoke" - również świetna piosenka, ze znakomitym tekstem dotyczących różnych "świętych ludzi" mówiący jedno, a robiących coś zupełnie innego i latających za kasą jak "Flies round shit bees around honey" - krótko mówiąc robiących "Święty Dym"; ma jeden z najbardziej chwytliwych riffów w historii Ironów i bardzo dobre solo; dynamiczny kawałek typowy dla Dziewicy; piosenka dotarła bardzo wysoko na angielskiej liście przebojów - do miejsca trzeciego.

"No prayer for the dying" - ciekawy tekst i niezły klimat - to podstawowe zalety tego nagrania; w pierwszej części to spokojna ballada, ale potem jej oblicze całkowicie się zmienia; przejmujący wokal Dickinsona, gdy śpiewa "God give me the answer to my life..." przeszywa do głębi.

"Hooks in you" - trzecia część sagi o Charlotte; dynamiczny kawałek ze znakomitym riffem przed refrenem, potem mamy doskonałe zwolnienie i solo z "falującą" gitarą i przenikliwym wrzaskiem Bruce'a.

"Bring your daughter..." - jedyny numer jeden w historii Iron Maiden; drapieżna, bardzo pochmurna w klimacie piosenka, z pulsującymi gitarami i basem; szczególnie podoba mi się jak Bruce szepcze "Bring your daughter, bring you daughter..." - co robi niesamowite wrażenie.

Tak, teraz wypada napisać podsumowanie: płyta jest po prostu nierówna. Naprawdę świetne kawałki sąsiadują ze "średniakami". Mimo tego, co tutaj napisałem, oba single, a także cała płyty dotarły bardzo wysoko na liście w Anglii (płyta do miejsca drugiego). Więc może to ja się mylę... ale chyba jednak nie :) To jedno ze słabszych dokonań zespołu, choć moja ocena przecież nie jest wcale taka znowu niska...