Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Tytuł albumu: The number of the beast
Autor recenzji: Tomasz "YtseMan" Wącławski
Data napisania recenzji: 10.08.2001
Na stronie od: 18.09.2001

Recenzja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



Kilka dni temu szukałem w internecie informacji o zespole Opeth. Jeden z jego liderów - Mikael Akerfeldt - pisał o tym, jak zainteresował się muzyką: "(...) mój dobry muzyczny gust rozwinął się już gdy miałem osiem lat. Wtedy kupiłem moje pierwsze nagranie, był to metalowy album "The Number Of The Beast" Iron Maiden. Wtedy zrozumiałem, że pisane jest mi skończyć w jakimś metalowym zespole."

Tjaaa... Mikael Akerfeldt na pewno nie był jedynym, dla którego ta płyta Iron Maiden była bardzo ważna. Można nawet powiedzieć, że była ona jednym z kamieni milowych w rozwoju muzyki metalowej. Wtedy, gdy się ukazała, była naprawdę wielkim hitem, zdobywając pierwsze miejsce na brytyjskiej liście płytowej oraz trafiając do pierwszych dziesiątek list na całym kontynencie. I było to jak najbardziej zasłużone, bo wniosła ona naprawdę wiele w świat muzyki. I choć wydana przed prawie dwudziestoma laty, nadal brzmi świeżo i... no, po prostu wspaniale.

W porównaniu z dwoma poprzednimi albumami ("Iron maiden" oraz "Killers") zmienił się nieco styl grania Dziewicy. W moim odczuciu stał się nieco mniej szalony, a bardziej dojrzały. Bardziej mroczny, ciężki i ostry. Niewątpliwie wielką zasługę w tym miała zmiana wokalisty. Paul Di'Anno bardzo mocno wziął sobie do serca zasadę "sex, drugs and rock'n'roll" oraz "żyj szybko, umrzyj młodo", choć, na szczęście, aż tak tragicznie się to nie skończyło. W każdym razie styl życia spowodował, że jego struny głosowe zostały mocno pokiereszowane, a dodatkowo jego gust muzyczny zaczął się nieco oddalać od tego, co chcieli grać inni Ironowcy. Di'Anno musiał więc opuścić zespół. I choć niewątpliwie w momencie zmiany wokalisty w zespole nastrój musiał być przygnębiający, to z perspektywy czasu można stwierdzić, że okazało się to posunięciem znakomitym. Bruce Dickinson, który go zastąpił, jest bez wątpienia lepszym wokalistą i w ogóle jednym z najlepiej rozpoznawalnych głosów w świecie muzycznym. Ma wielką skalę głosu oraz niesamowitą siłę w płucach (o tym najlepiej może zresztą świadczyć ksywka - "Air raid siren") i daje z siebie wszystko, a nawet więcej, na koncertach.

Okładka płyty z czerwonym diabłem, mającym szaleńczo zadowolony wyraz twarzy i znacznie większym od niego Eddiem, sięgającym by pochwycić go jak szmacianą lalkę, oraz wypisanym krwią tytułem mówią wiele o klimacie albumu. Pora więc by mu się przyjrzeć nieco uważniej.

"Invaders" - piosenka opowiada o najeździe Wikingów na Anglię; rozpoczyna ją znakomity, basowo-perskusyjny wstęp, po którym piosenka nabiera szaleńczego tempa; bardzo dynamiczne i szybkie nagranie znakomicie wyśpiewana przez Bruce'a.

"Children of the damned" - kawałek powstał pod wpływem filmu pod tym samym tytułem; w pierwszej części jest to wspaniała ballada z przejęciem wyśpiewana przez Dickinsona; potem tempo znacznie rośnie i zmienia się też styl wokalu: słowa wypadają z głośników ze złością, a w tle słychać znakomite riffy gitarowe; do tego jeszcze wspaniałe solo.

"The prisoner" - " - Who is number one? - You are number six. - I'm not a number. I am a free man!" tak zaczyna się to nagranie, które nawiązuje do serialu z lat sześćdziesiątych, którego bohater zostaje uśpiony i trafia do miejsca zwanego "The village", w którym ludziom przyporządkowano numery, a im niższy numer, tym wyższe miejsce w hierarchii; znów spokojny początek ze świetnym riffem i basem Steve'a, po którym mamy szaleńcze tempo i wspaniały wokal Bruce'a, który ze złością wyrzuca z siebie kolejne wersy; genialny refren, z którego aż bije wiara, że "Not a prisoner, I'm free man"; rozbrajająca energią część instrumentalna dopełnia obrazu tego wspaniałego kawałka.

"22 Acacia Avenue" - znakomite, bardzo klimatyczne i niesamowicie naładowane energią nagranie ze świetną perkusją i świetnym, pulsującym basem; przy trzeciej i czwartej zwrotce słuchać genialny drażniący riff, a w refrenie świetną perkusję; w pierwszej części solówki mamy uspokojenie, a potem wchodzi znów "genialny, drażniący riff"; a na koniec jeszcze znakomity bas Harisa; druga z czterech części "sagi" o Charlotte - na pewno najlepsza z nich i w ogóle jeden z najlepszych kawałków w historii Ironów.

"The number of the beast" - "Woe to you on Earth and Sea..." - biblijny cytat, przeczytany w prawdziwie diabelski sposób, znakomicie wprowadza w klimat tej kompozycji; świetne gitary na początku, a gdy Dickinson wydobywa z siebie przerażający wrzask, to już niemal można poczuć na plecach oddech i sięgającego po duszę dłoń diabła; a to jeszcze nic, bo Bruce przechodzi sam siebie, gdy wykrzykuje "I'm coming back, I will return, And I'll possess your body, and I make you burn..."; znakomity tekst, świetne solo, przerażający wokal - po prostu nagranie prosto z piekła i jeden z klasycznych "zawsze-na-koncercie".

"Run to the hills" - piosenka o starciach indiańsko - "białotwarzowych", z tym że pierwsza część jest spojrzeniem na sytuację od strony Indian, a druga - białych twarzy; muzyka znakomicie to ilustruje - w pierwszej części mamy przeciągłe, rozdzierające riffy gitary, nasuwające na myśl jakieś szamańskie obrzędy, a w drugiej galopujące tempo, opisujące galopującą kawalerię; pierwszy singiel z płyty i również jeden z klasyków (ale do tego nie do końca jestem przekonany tzn. jest to niewątpliwie dobra piosenka, ale na pewno nie najlepsza na płycie).

"Gangland" - świetna perkusja i świetny wokal Bruce'a, razem daje to efekt jakby chcieli rozstrzelać słuchaczy; szczególnie mi się podoba fragment: "Once your were glad to be free for a while..."; no i świetne solo, schodzące na coraz niższe dźwięki; dynamiczne nagranie, ale w sumie jak wyżej: dobre, ale nie najlepsze;

"Hallowed by thy name" - to jest prawdziwa rewelacja; niesamowicie klimatyczny początek, gdy słuchać odległe dzwony wybijające ostatnie minuty życia skazańca i jego przepełniony bólem, pogodzony z losem głos; niemal czuć ostatnie przeciekające mu przez palce sekundy życia; przeciągły krzyk "running low" i nastrój się zmienia: wypluwane przez Bruca słowa przepełnione są złością "Somebody please tell me that I'm dreaming"; no i rewelacyjna część instrumentalna, a na końcu przeszywające "YEAH, HALLOWED BY THY NAME!"; i nie można nie wspomnieć o znakomitym tekście, jednocześnie przepełnionym bólem ("but words escape me when I tried to speak") i nadzieją ("life down there is just a strange illusion"); w sumie jedno z najlepszych nagrań w historii - po prostu genialne.

To naprawdę wielka płyta, która jest dopracowana od początku do końca i bez słabszych momentów. Dynamika, energia bijąca z każdego nagrania i rewelacyjny głos Dickinsona powodują, że jeśli nie jesteś "child of the damned" albo "prisoner'em", to "run to the hills, run for your "The number of the beast"" (to zabrzmiało trochę jak reklama). To już klasyka metalu, która mimo dziewiętnastki na karku ciągle jest świetna.