Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Tytuł albumu: Piece of mind
Autor recenzji: Tomasz "YtseMan" Wącławski
Data napisania recenzji: 12.09.2001
Na stronie od: 18.09.2001

Recenzja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



Po wielkim sukcesie "The number of the beast" Iron Maiden stanęli przed trudnym zadaniem - nagrać płytę, która dorówna poprzedniczce. "Piece of mind" ukazała się rok po Liczbie Bestii i w moim odczuciu nie tylko jej dorównała, ale nawet ją przebiła. Nowy człowiek z pałeczkami, czyli Nicko McBrain, okazał się strzałem w dziesiątkę, co pokazuje znakomicie już na samym początku płyty. Jego wspaniała gra, znakomite solówki Dave'a i Adriana, pulsujący bas Steva i nieprawdopodobny wokal Bruce'a powodują, iż dziewięć nagrań, które można znaleźć na "Piece..." jest bez wyjątku znakomite. Żeby nie być gołosłownym i nie utrzymywać nikogo w niepewności...

"Where eagles dare" - zainspirowana filmem pod tym samym tytułem, po polsku - "Tylko dla orłów". Utwór rozpoczyna odzywająca się kanonadą perkusja, która zresztą przez całe nagranie jest znakomita. Do tego pulsujący bas i ciężkie riffy powodują, iż nawet bez efektów specjalnych - serii karabinowych w tle - byłoby wiadomo, że przenieśliśmy się na front. No i oczywiście jak zawsze niesamowity głos Bruce'a, który śpiewa potężnie i znakomicie uzupełnia bojową atmosferę tej piosenki, którą uważam za jedno z najlepszych nagrań w historii Ironów.

"Revelations" - znakomity początek, gdy dynamiczne gitary przeplatają się ze wspaniałą sekcją. Klimat i tempo tej kompozycji zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nastrojowa pierwsza zwrotka, potem równie delikatne gitary, przyspieszenie i całkowicie zaskakujące zwolnienie - w rolach głównych cudowna, subtelna gitara i przepełniony smutkiem głos Bruce'a. Ostry refren z rozdzierającymi riffami znakomicie kontrastuje ze znacznie spokojniejszymi zwrotkami. Niesamowita jest też współpraca gitar po rzuceniu przez Bruce'a hasła "Go!". Nagranie kończy się jeszcze bardziej nastrojowo niż się zaczyna, a już przejmujące "It is you..." rzuca na kolana. I jak wyżej: jedno z najlepszych w historii.

"Flight of Icarus" - to drugi singiel, jaki wyszedł z tej płyty i naprawdę bardzo dobre nagranie. Ma bardzo dobry tekst, znakomity bas i świetną solówkę, ale uważam, iż nie jest to najlepszy kawałek na tym albumie. Jest świetny, ale nie genialny, a przecież utworów genialnych tu nie brakuje, więc można było wybrać coś lepszego na reprezentanta płyty - bo przecież takie zadanie ma singiel.

"Die with your boots on" - piosenka ma piekielnie dynamiczne otwarcie i dokładnie taka sama jest przez cały czas trwania - 5:22 min. Tego kawałka nie da się po prostu słuchać spokojnie, niesie ze sobą potężną dawkę mocy. Do tego ma naprawdę świetny tekst i jak zwykle niesamowity wokal. Szczególnie warty wspomnienia jest fragment, gdy Bruce wyrzuca z siebie "They die... with their boots on...".

"The trooper" - znowu mamy wojnę, choć tym razem nie II Wojnę Światową, tylko Wojnę Krymską. Rozpoczyna się jednym z najlepszych riffów, jakie kiedykolwiek zagrali Ironi, który momentalnie rozpruwa słuchacza. Pełen wściekłości wokal z przeciągłym "Oooh!" i znakomicie oddającym nastrój walki tekst oraz galopująca perkusja powodują, iż jest to kolejny jasny punkt płyty.

"Still life" - kawałek wręcz ociekający psychopatycznym klimatem - znakomity tekst w równie znakomitej oprawie. Nastrojowy początek z przeciągłą gitarą i spokojnym wokalem zmienia się już po pierwszej zwrotce. Ostry riff i pełen pasji głos Bruce'a, który wyśpiewując przeciągłe "Nightmares...", powoduje, że ciarki przechodzą po plecach. Na specjalną uwagę zasługuje też Steve, który niesamowicie zasuwa tu na basie.

"Quest for fire" - tu również można doszukiwać się inspiracja książkowo-filmowej. Istnieje książka "Walka o ogień" J.H. Rosny'ego, której tytuł i treść pasują do tej piosenki - z tym, że jest to tylko mój pomysł, na oficjalną informacje potwierdzającą to nie trafiłem. Muzycznie bardzo mi się podoba - ma wprost genialny bas i charakteryzuje się znakomitą współpracą Dave'a i Adriana. Tekst wprawdzie nie dorównuje muzyce - tym, co mnie razi, jest jego dosłowność - ale Bruce wlał w niego tyle uczucia, że po prostu znów trzeba napisać: świetne.

"Sun and steel" - piosenka o legendarnym japońskim samuraju, który, jak można wywnioskować z tekstu, w dość młodym wieku zaczął machać (i to skutecznie!) mieczem. Bardzo żywiołowe i energetyzujące nagranie. Galopująca perkusja, znakomity bas i gitary oraz rozrywające "Animal supreme" Bruce'a - czy coś jeszcze trzeba dodawać?

"To Tame A Land" - zaczęło się filmowo-książkowo i tak też się kończy. Piosenka wiąże się z "Diuną" autorstwa Franka Herberta, który jednak nie wyraził zgody, by to nagranie zatytułować tak, jak książkę, gdyż... nie lubi metalu. No cóż... W każdym razie jest to najdłuższe nagranie na płycie (7:26) i w związku z tym także najbardziej rozbudowane. Jak zwykle wszystko jest świetne: współpraca gitar, sekcja i niesamowity Bruce. Jeszcze tylko mała uwaga o tekście. Nie jest on w żadnym razie zły, ale nie da się ukryć, że jeśli ktoś nie czytał Diuny, to może pomyśleć, że to jakiś szyfr: aż roi się od różnych Mua Dibów i Gom Jabbarów. Ale z drugiej strony może to kogoś skłoni do sięgnięcia po tę książkę, co zresztą szczerze polecam (i tym sposobem Dziewica propaguje czytanie he, he...).

Mogę na zakończenie tylko stwierdzić, że jest to jedna z moich trzech ulubionych płyt Iron Maiden. Jest znakomita pod każdym względem: od tytułu, przez okładkę z wyłysiałym Eddiem po lobotomii, szarpiącym się w "pokoju bez klamek", aż po znakomite teksty i oczywiście fantastyczną muzykę.