Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Tytuł albumu: The X factor
Autor recenzji: Szczur
Data napisania recenzji: 17.10.2001
Na stronie od: 21.10.2001



Recenzja ta powstała pod wpływem recenzji YtseMana, w której to przeczytałem kilka ciekawych wiadomości:
Takich, że "Władca much" to tytuł filmu, nie książki (no, na upartego o "Ogniem i mieczem" też można mówić że to film, szczegół że "jakiś" człowiek kilka wieków wcześniej "napisał o tym filmie książkę" pozostaje bez znaczenia...). Inną ciekawostką jest to, że jeśli żaden z kawałków nie stał się klasycznym hitem zamieszczonym na składance "The best of..." to oznacza że płyta jest słaba. Jest to wierutna bzdura! (nawiasem mówiąc piosenki pod tytułem "Man on the Edge" i "Sign of the cross" znajdują się na "Best of the beast", należy w tym momencie pogratulować wyczucia YtseManowi!). Smutne jest też to, że ponoć ta płyta nie wciąga, "przelatuje obok słuchacza". Jest to oczywiście nieprawdą.

Nie będę się rozpisywać na temat genezy "The X factor". Wiadomo płyta powstała w ciężkim dla zespołu momencie. Odejście wokalisty, zwłaszcza tej klasy co Dickinson, jest potężnym ciosem dla zespołu, który od kilku dobrych lat ma ugruntowaną pozycję na rynku muzycznym (zwłaszcza jeśli owy zespół jest identyfikowany głównie ze swym frontmanem). Czwórka pozostałych w Maiden panów nie myśląc wiele zaczęła poszukiwanie nowego wokalisty. Cóż przyniósł ze swym przyjściem Blaze Bayley, (bo to na niego padł wybór Harrisa i spółki)? Przede wszystkim gruntowną zmianę Imagu zespołu. Płyta jest bardziej mroczna i posępna, a piosenki obdarzone wokalem Blaze są cięższe i potężniejsze.

Ale po kolei:
1. "Sign of the cross" - do tej kompozycji panowie z Maiden zaprosili chór, który od pierwszych sekund wprowadza nas w nastrój płyty. Piosenka generalnie rzecz biorąc trzyma fason pozostałych utworów na płycie; wolny wstęp, przechodzi w efektowne wejście potężnych gitar, basu i perkusji , co wzmocnione "zbuntowanym" wokalem Bayleya tworzy świetny zestaw. Całość spaja całkiem niezły tekst. Ogólnie rzecz ujmując jest to jedna z wielu długich i dopracowanych opowieści muzycznych, sygnowanych nazwiskiem Steve Harrisa.
2. "Lord of the Flies" to piosenka oparta na powieści Williama Goldinga. Interesujący riff gitarowy otwiera utwór i jak to zazwyczaj u Iron Maiden powtarza się przez całą piosenkę. Partia wokalna Blaze'a (Ooo! Ooo!), która kojarzyć się może z Dickinsonem, jest tu bardzo na miejscu i bardzo sympatycznie się ja podśpiewuje. Dobra piosenka, której nie można nic zarzucić (Nawiasem mówiąc da się wyczuć również w tym utworze, że Harris był w depresji podczas powstawania tej płyty, pierwsze słowa tej piosenki to "I don't care for this world anymore", które nie świadczą bynajmniej o pozytywnym nastawieniu do życia...).
3. "Man on the edge" to klasyczny przebój Maidenów. Wydany na singlu przywołuje wspomnienia o starszych piosenkach tego zespołu. Utwór ten utrzymany w charakterystycznym szybkim tempie, mnie, chyba do końca życia, kojarzyć się będzie z grą "Carmageddon", na której soundtracku się znalazł.
4. "Fortunes of war" jest moim ulubionym utworem z tej płyty. Wolny, akustyczny początek przechodzi do efektownego motywu z piękną, "wyciskającą łzy z oczu" partią na gitarze. Gitara powraca kilka razy, wchodzi wokal, który w tej piosence ma niezwykłą siłę, poczym następuje przyspieszenie w którym rozpoznać można całą magię Iron Maiden: pulsujący bass Harrisa, wspomagany przez prekusje McBraina i doskonałe solo gitarowe. Po prostu świetna piosenka, porównywał bym ją z "Afraid to shoot strangers", której przedstawiać nie trzeba...
5. "Look for the truth" - Ta piosenka trzyma się schematu, więc zaczyna się od wolnego intra, później efektownie przyśpiesza. Znowu pojawia się partia wokalna bez słów, nie tak rozbudowana jak za Dickinsona, ale generalnie bardzo dobrze pasuje do piosenki.
6. "The aftermath" kolejna, bynajmniej nie ostatnia piosenka na płycie dotycząca wojny. Stanowczo na wysokości zadania stanął Blaze, reszta chłopaków "jak zwykle" zagrała "wręcz niezwykle".
7. "Judgement of heaven" - ten utwór zaczyna się od bardzo radosnego riffu gitarowego, co jest co najmniej zastanawiające, jako że słowa nie wydają się zbyt optymistyczne ("...Are there times when you believe/That the right you thought was wrong..."). W sumie sympatyczna piosenka, chyba najlżejsza z całego albumu.
8. "Blood on the world's hands" - piosenkę otwiera popis zręczności Harrisa który gra tu intro na akustycznym basie. Wejście gitar i wokalu jak zwykle efektowne.
9. "The edge of darkness" - utwór rozpoczyna odgłos śmigła helikoptera, później wchodzi bas i gitara. Stopniowo dodawane są dźwięki do poszczególnych linii, dołącza się druga gitara, później wokal, na końcu wchodzi perkusja. Całe to intro tworzy napięcie, które kończy energiczna zmiana tematu (niech ktoś w tym momencie powie że ta płyta nie ma energii!!!). Środek utworu porównał bym do środka "Fear of the dark", szybkie tempo perkusji i pulsującego basu, wraz ze świetnymi solówkami gitarowymi, później powraca temat drugi, następuje spowolnienie, a utwór kończy teraz już spokojna wariacja pierwszego riffu. Znowu słychać odgłos śmigłowca.
10. "2 AM" czyli rozważania człowieka, który zastanawia się czy aby na pewno istnieje i po co. Ciekawie przeplatają tu się tempa muzyczne, zagrane jest bardzo ładne "smutne" solo które doskonale oddaje słowa śpiewane prze Blaze'a.
11. "The unbeliever" - no właśnie, o ile przez całą recenzje nie powiedziałem złego słowa o tym albumie to muszę powiedzieć że ta piosenka to nieporozumienie. Zwrotkę Bayley niejako "rymuje" co wychodzi fatalnie, później jest lepiej, ale ogólnie ta piosenka zupełnie nie przypadła mi do gustu.

"The X factor" polecam każdemu kto lubi "przeżywać" muzykę. Trzeba jej słuchać naprawdę głośno i z koncentracją, może nawet kilka razy, bo dopiero wtedy płyta nabiera swojego prawdziwego brzmienia.