Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Tytuł albumu: Somewhere in time
Autor recenzji: Kaśka
Data napisania recenzji: 06.1999
Na stronie od: 04.11.2001



Nie, no nie sądzę żeby Steve'owi Harrisowi znana była teoria Hiperprzestrzeni, Wszechświaty równoległe i tunele czasoprzestrzenne... :) Mimo to jednak Harris chce nas zabrać w podróż w czasie, jeśli tylko "you have the time to lose, an open mind and time to choose". Nie wiem jak Wy, ale ja chętnie się wybiorę...

Jak wiadomo SIT, to bardzo nowatorska płyta IM, wybiegająca w przyszłosc, także i pierwszy utwór znajdujący się na niej, nie mógł odbiegać od ogolnej konwencji.
"Caught somewhere in time" - Już na samym początku witają nas syntezatory. Maiden po raz pierwszy użyli sprzętu muzycznego tego 'kalibru', wiec wyszło im to odrobinkę niezręcznie, ale nie ważne... liczą się dobre intencje, a tych na tym albumie z pewnoscia nie brakuje! "Caught..." z w/w powodu nie jest zbytnio porywającym utworem, jak na wejście, a więc przejdźmy do numero due na tym albumie, czyli "Wasted years". Tu juz o wiele lepiej została wyprowadzona linia melodyczna, a 'nieszczęsne' synty ukryto gdzieś w głębi. Na samym wstępie gitara przecina gęste powietrze i pojawia sie rozbrajający wokal Dickinsona. Tekst, oczywiście, jak na IM przystało, posiada akcent filozoficzny i skłania do tego, by zastanowić się odrobinkę nad swoimi poczynaniami, gdyż mogą one mieć konsekwencje w przyszłości...
Ale zaraz, zaraz; tytuł utworu brzmi "Wasted years", a my musimy pamiętać, ze podróżujemy w czasie... Nie no, wszystko się zgadza. Podróżując w czasie poruszamy się po okręgu, więc logicznie myslac rownie dobrze mozemy sie cofnac, jak i możemy podążac do przodu.
Uff, teraz gdy już wszystko jest jasne, możemy na chwileczkę zatrzymać się w teraźniejszości i utonść w "Sea of madness". Wg mnie ten utwór, to Optimus, Maximus całego albumu! Nie ważne, że nie ma w nim harmonii, chwytliwego refrenu ani nadzwyczajnie melodyjnej zwrotki, za to jest głos Bruce'a; głos pełen smutku, przejęcia, goryczy i rozpaczy. Bohater utworu, to człowiek, ktory znalazł sie na 'krawędzi', człowiek chwiejny emocjonalnie, a w końcu człowiek, któremu całe życie legło w gruzach. Przejmujący tekst, boski wokal i to, co w tym utworze najwspanialsze - 'środek', w ktorym Dickinson śpiewa "In the sea of madness the sun don't shine...". Cos niesamowitego!!!
Ale nagle wszystko się kończy i prezentuje się nam "Heaven can wait". Hej, no panie Harris! Czy my się poruszamy po paraboli, czy suniemy do przodu, by w końcu znaleźc się somewhere in time!? Tekst do w/w utworu jest jednym z tych stanów Steve'a, które Bruce zwykł określać mianem "out of body". "Heaven...", to bez z wątpienia kultowy utwór IM. Liryk może tu nawiązywać do doznań, jakie ludzie odczuwają podczas śmierci klinicznej, bądź też może być tylko zwykłym koszmarem nocnym, który w gruncie rzeczy mógł przyśnić się każdemu.
W ten sposób zboczyliśmy trochę z trasy, ale szybciutko na nią powracamy, gdyż w głośnikach słyszymy niepokojące dźwięki gitary, przyspieszającą perkusję i oto przed nami "The loneliness of the long distance runner". Kawałek po prostu wspaniały pod każdym względem!!! Słuchając tej płyty jesteśmy cały czas w biegu, nasz wehikuł czasu stara się nadążyc teraz za tym długodystansowcem. I juz nie ważne, gdzie nasz biegacz tak pędzi, czy wygra, czy tez poniesie porażkę... Najważniejszy w tym utworze jest wokal Bruce'a - taaaki przejmujący i niesamowity. 'Biegniemy' z zamknitymi oczami razem z Dickinsonem i pozwalamy, aby każdy wyśpiewany przez niego dźwięk przeszywał nasze ciało do głębi.
"Stranger in a strange land". Utwór ten ma przede wszystkim świetny liryk. Pochodzenie tego tekstu jest chyba znane każdemu prawdziwemu fanowi IM, ale można go zinterpretować na wiele różnych i o wiele ciekawszych sposobów niż jego macierzyste pochodzenie. Bardzo fajny utwór i muszę powiedzieć, że w kwestii wokalnej Dickinson znów nie zawiódł.
"Deja-vu". Taki mały 'wypadek przy pracy' w naszej podróży w czasie. Nie no, w końcu będąc już w tylu miejscach można dostać pomieszania zmysłów i mieć to nieszczęsne wrażenie deja vu. Momencik, mając na względzie funkcję falową Schrodingera, która 'mówi', że funkcja falowa każdego z nas rozciąga się na cały Wszechświat; prościej mówiąc, gdy siedzimy sobie na Ziemi, to nasza funkcja falowa rozciąga się też np. na Marsa, to czy my w tym momencie jesteśmy na Ziemi, czy na Marsie jest rzeczą zupełnie względną lecz najwieksze prawdopodobieństwo jest takie, że w tym momencie znajdujemy się jednak na Ziemi. Proste prawda...??? :) I w ten oto sposób mamy rozwiązany problem deja vu. A tak przy okazji, to całkiem fajny kawalek :))) A propos, to jestem ciekawa, co by na to odrzekł kot Schrodingera, który ma jeszcze gorszy dylemat niż jakieś tam deja vu :)
Ok, a teraz jak na Maidenow przystało, ostatnia kompozycja na albumie należy do monumentalnego utworu, jakim jest "Alexander the Great".
Alexandra chyba nie muszę nikomu przedstawiać, a że Steve interesuje się historią, to i postanowił napisać interesujący tekst. Od tekstu ważniejsza jest tu jednak strona muzyczna utworu, który swym brzmieniem powala słuchacza na kolana i pozostawia bardzo pozytywne wrażenie po wysłuchaniu całej płyty. I tak oto w zamierzchłych czasach Aleksandra Wielkiego skonczyla sia nasza podroz w czasie.

Jak wiadomo aby podrożować w czasie, należy rozpędzić w akceleratorze cząstkę do prędkości równej prędkości światła, co przy dzisiejszej technice jest rzeczą eufemistycznie mówiąc abstrakcyjną... :)
Wielki A. Einstein mylił się, mowiąc, że podróże w czasie są niemożliwe. Steve "Eistein" Harris pokazał jednak, że aby znaleźć się gdzieś bardzo daleko w przeszłości lub w przyszłości, wystarczy mieć tylko dużą wyobraźnię i wcale nie trzeba od razu budować niesamowicie skomplikowanej maszyny... :)))