Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Megadeth
Miejsce: Niemcy, Hamburg, SportHalle
Data koncertu: 12.09.1999
Autor relacji: Maciej Parfianowicz
Na stronie od: 15.06.2000

Relacja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



12 września w Hamburgu w SportHalle odbył się koncert legendy heavy metalu - Iron Maiden. Jako support zagrał Megadeth. Koncert rozpoczął się bez żadnego opóźnienia, punktualnie o 20.00. Zgasły światła i fioletowe reflektory zaczęły omiatać publiczność do dźwięków utworu z nowej płyty "Risk", zatytułowanego "Prince of darkness". Na początek dźwięk leciał z taśmy (wiadomo - sample), po czym na scenie pojawił się zespół i zaczął w końcu grać. Muszę powiedzieć, że nowy utwór na koncercie brzmiał całkiem, całkiem, ale to jednak nie to. Na szczęście następny był "Holy Wars" i rozpoczął się koncert prawdziwego Megadeth. Kontakt zespołu z publicznością praktycznie nie istniał. Jedynie raz w połowie koncertu Mustain stwierdził, że "thank you very fucking much". I to wszystko. Ale nie to było istotne, no bo co mnie w końcu obchodzi, co Mustain ma do powiedzenia? Muzycznie byli genialni. Każdy, kto lubi ten zespół, powinien żałować, że tam nie był. Grali bowiem stare, dobre, Megadethowe rzeczy, takie jak "In My Darkest Hour", "Peace Sells", "Symphony Of Destruction", "Sweating Bullets" i tak dalej. Nie zagrali jednak "Anarchy In UK", co faktycznie może być zaskoczeniem, gdyż z reguły utwór ten pojawiał się na setlistach. Co ciekawe, nie było również bisów. Fakt, że byli tylko (tylko?) supportem, ale sądzę że w Polsce taki numer by nie przeszedł, bo myślę że publiczność by się domagała więcej (tak jak na Metalice gdzie support - Apocalyptica zagrał jednak dodatkowy kawałek "Fuckin In A Sauna", który okazał się być "Sandmanem"). W Hamburgu przez cały koncert Megadethu krzyczano "Maiden, Maiden...", więc jak tylko zeszli, na scenie zapaliły się światła.

Przygotowania do koncertu Ironów nie odbywały się zbyt długo, więc się za bardzo nie zniecierpliwiłem, nie wiem, o której się dokładnie zaczął. W każdym razie po zgaśnięciu świateł, rozpoczęła się prezentacja fragmentów "Ed Huntera" na dużym ekranie, okraszonej jakimś kawałkiem (już nie pamiętam, ale to było chyba coś z "Powerslave"). Po jakimś czasie dał się słyszeć znajomy warkot samolotów i głos Churchila, mówiący jaki to brytyjski naród jest bohaterski i że "we'll never surrender" (hmmmm, a co robili we wrześniu 39?). Kwestia Churchila została oczywiście wypowiedziana przez komputerowego Eddiego. Serce fana już zadrżało, bo wiedziało, co się święci - zaczną od "Aces High". No i tak się stało. Publika totalnie oszalała, tak że musiałem wycofać na moment swoje stare kości z największego młyna. A naprawdę ku mojemu zaskoczeniu działo się dużo - myślałem że publiczność tylko w Polsce to wariaci, ale nie. No i o to chyba tutaj chodzi... Stanąłem więc w optymalnym miejscu troszkę z lewej strony, ale przy scenie, blisko jednego z mikrofonów. Nie pamiętam kolejności kawałków, gdyż chłonąłem koncert jak nigdy. Wystarczy powiedzieć, że grali głównie stare rzeczy - w zasadzie dokładnie to, co jest na "Ed Hunterze". Czyli wiadomo, że był "Number Of The Beast", "Iron Maiden", "2 Minutes To Midnight", podczas którego było tradycyjne "Scream for me.....", czy "Powerslave". Z nowych dokonań zagrali "Clansman" (mój faworyt na koncercie), "Man on the edge" i "Futurereal", podczas którego wyszedł Eddie. Dickinson walczył z nim na mikrofon, a Gers na gitarę, co wyglądało trochę pociesznie. Po cichu liczyłem, że Eddie się przewróci, ale niestety się to nie zdarzyło. "Clansman" najbardziej mi się podobał, gdyż byłem ciekaw, jak zabrzmi w wykonaniu Bruca. No i nie zawiodłem się. Bayley to była jedna wielka pomyłka. Kiedyś broniłem go, że nie jest w końcu taki zły, ale dopiero po porównaniu dwóch wykonań tego samego utworu widać, kto jest prawdziwym wokalistą. Dopiero teraz kawałek ten zabrzmiał tak, jak powinien brzmieć od początku.

Zachowanie panów na scenie przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Ile oni właściwie maja lat? Bo na prawdę i bez żadnej przesady zachowywali się jak dwudziestokilkuletni młodzieniaszkowie.

Przed koncertem trochę sceptycznie myślałem o trzech gitarzystach na scenie. Jednak w niczym to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Bardzo miło słuchało się solówek, podczas których "rozmawiały" ze sobą trzy gitary (a nie jak to zwykle bywa dwie).

Delegacja z Polski na koncercie była bardzo nieliczna. Poza nami (sześć osób, w tym cztery z listy Aluminium), spotkaliśmy dwóch członków Fanklubu oraz dwóch kolesi, którzy mieli biało-czerwoną flagę z wiadomym napisem. Jedyną fajną zresztą na całym koncercie.