Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Clutch
Miejsce: Kanada, Toronto, Massey Hall
Data koncertu: 12.09.1999
Autor relacji: Juliusz Chroscicki
Na stronie od: 16.06.2000

Relacja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



Najpierw była zapowiedz w radiu, ze Iron Maiden, w ramach przygotowań do działalności w nowym składzie, zagra koncert w Toronto. Widziałem ich dwukrotnie w Polsce (m.in. w sierpniu 1984 na otwarcie The World Slavery Tour) i takiej okazji nie mogłem przegapić.

Ticketmaster, po to tylko, żeby usłyszeć od miłego młodego człowieka imieniem Jason, ze wejściówek już nie ma. Dał mi jednak telefon do Massey Hall, gdyż tam też sprzedawali bilety. Następne dziesięć minut bezustannego wybijania numeru, bez większej wiary w powodzenie całego przedsięwzięcia, przyniosło mi upragnione trzy wejściówki.

Massey Hall, mieszczący trochę ponad dwa tysiące ludzi, uchodzi w tych okolicach za wielki zabytek, budynek został postawiony pod koniec zeszłego stulecia. Byłem tam na paru koncertach (Jethro Tull, ELP, Santana, King Crimson) i akustyka, chociaż nie najgorsza, nie zachwycała. Byłem ciekaw, jak wypadnie metal w takiej oprawie. To tak, jakby przyjechawszy do Warszawy, Iron Maiden mieli zagrać w Teatrze Ateneum na Powiślu.

Przedostawszy się szczęśliwie przez kordon obmacujących wszystkich i wszystko bramkarzy, znaleźliśmy się na wspaniałych miejscach: drugi rząd, drugi balkon pośrodku, na wysokości rusztowania ze światłami - widok z lotu ptaka na cale przedstawienie. Clutch nie czekał na nas, żeby rozpocząć swój występ i byłem zaskoczony tym co usłyszałem. Parę miesięcy wcześniej, skuszony pozytywnymi recenzjami posłuchałem "Elephant Riders" i zniesmaczyłem się mocno - może ja jestem beton, ale to nie jest heavy metal. Nie oczekiwałem wiec niczego specjalnego i bardzo miło się rozczarowałem. Na żywo Clutch zagrał muzykę prostszą, bez ozdóbek i dupereli, z długimi partiami instrumentalnymi, ciekawymi solówkami gitarzysty i brzmieniem odbijającym się potężnie od kamiennego sklepienia z rokokowymi akcentami. Będę musiał dać im jeszcze jedna szansę albo poczekać na koncertowa płytę.

Parę minut po dziewiątej przyszedł czas na Iron Maiden. Zawieszony pod sufitem ekran powoli spłynął w dół, żeby zapowiedzieć The Ed Hunter Tour. Przez parę minut mieliśmy możliwość podziwiać rożne fragmenty gry - tu Acacia Avenue, tam piramida z okładki "Powerslave", Spitfire'y lecą lotem koszącym... Na koniec Eddie wygłosił przemówienie Churchilla i chłopaki wybiegli na scenę, żeby odegrać "Aces High". Niestety nie było wśród nich Adriana Smitha, który musiał wrócić do Anglii z powodu śmierci ojca.

Było widać, ze rozpiera ich energia. Bruce Dickinson wiedział co robi, ubierając się w strój pasujący na poranną przebieżkę - tego co wyczyniał na scenie nie powstydziłby się niejeden instruktor aerobiku. Potem były "Wrathchild", "Trooper" (na wielkim płótnie, zawieszonym za scena, pojawił się Eddie w czerwonym kubraku, z postrzępioną brytyjska flaga na złamanym drzewcu w jednej ręce i rapierem w drugiej), "2 Minutes to Midnight". Tu zrobili krotka przerwę i Bruce ogłosił, ze jest to ich siódmy wspólny koncert po zejściu się do kupy, co było minęło i ze zagrają "Clansman", który nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się na południu Stanów, ale czerpie natchnienie z historii Szkocji. Steve Harris pięknie odegrał wprowadzenie na gitarze, a na malowidle za scena pojawił się Eddie przebrany za Mela Gibsona, przepraszam, za Williama Wallace'a z filmu "Waleczne Serce". Był to dla mnie jeden z najlepszych momentów koncertu, a Dickinson zaśpiewał tak, ze trudno było sobie wyobrazić, że mógłby to robić ktokolwiek inny. Potem było "Wasted Years", "Killers", ze wspaniałym galopem Harrisa na basie - to jeden z moich ulubionych kawałków Iron Maiden - "Man On The Edge" i "Powerslave" z obowiązkowymi egipskimi motywami w tle.

Teatralnym głosem Dickinson zapowiedział "Phantom Of The Opera" i był to następny kawałek, który mocno utknął mi w pamięci - rozbudowane gitarowe sola Murraya i Gersa zapierały dech w piersiach. "The Evil Men Do" był według mnie najsłabszym utworem całego koncertu, mimo poprawnego sola Gersa. Zaraz potem wspaniale odegrali "Fear Of The Dark" i finałowy "Iron Maiden" - trzymetrowy Eddie wkroczył na scenę i został zaatakowany gitara przez Gersa, który już wcześniej wyprawiał cyrkowe sztuczki ze swoim instrumentem.

Na scenie regularne pandemonium, które przeniosło się na widownie, gdy chłopaki zeszli ze sceny. Na bis nie czekaliśmy długo i zostaliśmy uraczeni trzema kawałkami: "Number Of The Beast", "Hallowed Be Thy Name" i "Run To The Hills". Półtorej godziny po rozpoczęciu, po raz ostatni odśpiewaliśmy "Run to the hills/Run for your life" i trzeba było się rozejść - dawno nie widziałem tyle szczerzących się gęb naraz.

Na zakończenie - koncert był bardzo dobry, ale jest jeszcze parę rzeczy do poprawienia: Dickinson miał kłopoty z mikrofonem w trakcie paru kawałków, miejscami miks był niedopracowany i glos Bruce'a nie mógł przedostać się przez ogniowa nawale instrumentów. Do plusów należy zaliczyć to, ze oni bawili się nie gorzej od nas - Harris, stojący na brzegu sceny, z daleka od mikrofonu, wyśpiewywał cale teksty, nie bacząc na to, ze nikt i tak nie mógł go usłyszeć - i przypominali mi uczniaków wypuszczonych na długą przerwę. I ostania wypowiedz wieczoru: "Thank you friends. We're fuckin' back". Dzięki niech będą metalowym bogom.