Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Dirty Deeds
Miejsce: Katowice, Spodek
Data koncertu: 20.06.2000
Autor relacji: Paweł Kaczmarczyk
Na stronie od: 23.06.2000



20 czerwca był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie dni w ciągu ostatnich ładnych paru miesięcy. W końcu nadszedł, nadeszła również godzina wypisana na bilecie, czyli 19:00. Mniej więcej wtedy zaczęli wpuszczać do Spodka. Ludzie kulturalnie ustawili się w kolejkę, szło to nawet całkiem sprawnie. Zaraz po przejściu przez rewizję udałem się na płytę, jak się okazało support, którym tym razem była grupa Dirty Deeds, już grał. Szczerze mówiąc nie przypadła mi do gustu ich muzyka. Zbyt szablonowa, bez polotu, niczym mnie nie zainteresowała. Chyba takie samo wrażenie zrobili w przypadku reszty publiczności, która zniecierpliwiona coraz częściej krzyczała "Maiden, Maiden". Podczas ich występu stopniowo podążałem coraz bliżej sceny, bo potem nie byłoby większych szans na podejście tak daleko. Po występie DD nastąpiła dość długa przerwa, której wszyscy już mieli dosyć, tym bardziej, że było strasznie duszno i gorąco. Na szczęście co jakiś czas wylatywała na nas woda z armatek. Byli jednak i tacy którym nagle zachciało się palić, co już było kompletnie dobijające. W końcu światła zgasły, z tyłu pojawiła się szmata przedstawiająca okładkę albumu BNW. Show rozpoczął oczywiście

- The wicker man. Efektowne wejście zespołu sprawiło, że wszyscy dosłownie oszaleli. Wszyscy zaczęli skakać, machać rękami i to w takim stopniu, że centralnie przed sceną gdzie wtedy byłem wytworzył się niesamowity kocioł, którego zdecydowałem się czym prędzej opuścić. I tak ok. 3/4 tego energicznego kawałka spędziłem przeciskając się pomiędzy rozszalałymi fanami, żeby wreszcie spokojnie zainstalować się trochę z boku, po prawej stronie. Niewiele więc z tego utworu dotarło do mnie, pamiętam jednak że z początku wokalu prawie wcale nie było słychać, poprawiło się to nieco później.
- Ghost of the navigator. Fajny kawałek, wyszedł całkiem nieźle. Nie odbiegał zbytnio od wersji albumowej.
- Brave new world. Tak jak ghost, dobrze wykonany numer. Chyba po tym kawałku wymieniłem kilka zdań z pewną kobietą, od której się dowiedziałem że Dickinson później będzie w jakiejś klatce i jest szansa żeby być tam razem z nim. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi, wyjaśniło się to później.
- Wrathchild. Pierwszy utwór nie pochodzący z nowej płyty, i to do tego jaki! Wypadł wspaniale w wykonaniu Bruce'a.
- 2 minutes to midnight. Jeden z numerów którego braknąć na koncercie nie może. I znowu świetne wykonanie, i znowu duże wrażenie.
- Blood brothers. Bardzo byłem ciekaw czy uda im się zachować ten bardzo przyjemny, ciepły nawet bym powiedział, klimat, jaki jest w wersji albumowej. I udało im się to w 100%. Niesamowity kawałek, niesamowite wykonanie, to po prostu trzeba przeżyć.
- Sign of the cross. Piosenka jak wiadomo pierwotnie śpiewana przez Bayleya, tu tak ja jak i pewnie wszyscy byłem ciekawy jak wypadnie wykonana przez Dickinsona. I nie zawiodłem się, było bardzo dobrze. Dodać należy że Bruce na samym początku wyjechał spod sceny na krzyżu (czego jak się dowiedziałem zabrakło następnego dnia w Warszawie). Jedno moim zdaniem nie wyszło, a mianowicie krótka, najszybsza cześć utworu, w której dominuje perkusja (wiecie co mam na myśli?). I właśnie perkusja była zbyt wolna, co trochę zepsuło całość.
- The mercenary. Było klimatycznie, to teraz pasuje coś żywiołowego. Kolejny dobrze zagrany utwór z nowej płyty (choć wolałbym usłyszeć Fallen angel).
- The trooper. Szmata w tle zmieniła się na wiadomo jaką. Poza tym Bruce machający raz jedną, raz drugą flagą brytyjską. Flagowy (sic!) utwór Ironów, oczywiście doskonale zagrany.
- Dream of mirrors. Ostatni z nowych utworów, najdłuższy z tych (nowych) zagranych tego wieczoru. Jeśli dobrze pamiętam podczas tej piosenki też były na początku pewne problemy z wokalem, potem było w porządku.
- The clansman. Znowu szmata się zmienia na odpowiednią dla tego kawałka, i znowu Blejzowy numer. Tak, to Bruce jest tym kto ma Clansmana wykonywać. Wersja Bayleya nie dorasta tej do pięt.
- The evil that men do. Podczas evila na scene wypadł Eddie. Zastanawiałem się wcześniej jak będzie wyglądał: czy tak jak na teledysku do Wicker mana (a'la Killers), czy też wiklinowy. Pojawiła się ta druga wersja. Ale jakiś taki ospały był. Wyszedł, trochę poruszał rękami, poświecił oczami (heheh) i uciekł. A sam kawałek w porządku.
- Fear of the dark. Ha! Na to czekały tysiące fanów, wymarzony utwór na koncert. Wszystkie gardła na sali (a raczej te co jeszcze były w stanie) śpiewały razem z Brucem. Kolejna rzecz, którą trzeba w życiu przeżyć.
- Iron maiden. Co to za koncert bez Iron maiden? Obowiązkowy numer, podczas którego zawsze dzieją się cuda, ale to co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania. Za perkusją pojawił się wieeeelki Eddie - większa wersja tego co sobie łaził podczas evila. W tym też momencie wyjaśniło się to o czym pisałem przy okazji Brave new world - tą klatką okazał się brzuch Eddiego, w którym oprócz Dickinsona było kilka ubranych na biało (i chyba związanych, jeśli dobrze widziałem) dziewic. Sam Ed potem spłonął (nie dosłownie, ale wyglądało to interesująco), jak to się zwykle dzieje z wicker manami :-) W kulminacyjnym momencie piosenki, w którym zawsze cos się dzieje, otwarła się głowa tej postaci, w której znajdowała się kolejna, tym razem bardziej charakterystyczna dla Eddiego (chyba cos jak z Ed huntera). Ale tego czy owej nieznajomej udało się dostać do środka Eddiego, to się już pewnie nigdy nie dowiem...
- Number of the beast. Pierwszy bisowy numer. W tle okładka albumu TNOTB, a chłopcy zrobili swoje, czyli po raz kolejny odwalili kawał dobrej roboty.
- Hallowed be thy name. Jeden z moich ulubionych utworów IM. Po raz kolejny, przedostatni na tym koncercie panowie nie zawiedli. Byłem już tak wyczerpany, że po prostu na spokojnie, z zamkniętymi oczami wsłuchiwałem się w muzykę...
- Sanctuary. Ostatni niestety utwór tego wieczoru, klasyczny numer, bardzo żywiołowy, jednak wszyscy byli już tak zjechani, że nie bardzo mieli siłę reagować tak jak przy Wicker manie. Dobre zakończenie rewelacyjnego koncertu.

Tak mniej więcej wyglądały poszczególne kawałki, które razem tworzyły wspaniałą całość. Kontakt zespołu z publicznością bardzo dobry. Organizacja była na przyzwoitym poziomie, po koncercie bez problemu można było stosunkowo niedrogo kupić napoje, a także "gadżety" związane z trasą. Tyle że ceny tych ostatnich były astronomiczne. Z ciekawszych rzeczy można wymienić fakt że Bruce w miarę możliwości na bieżąco informował publikę o wyniku meczu Anglia - Rumunia, a gdy był remis 2:2, to się nawet odgrażał, że "thank you, good night"! Poza tym Bruce wystąpił w dziurawej koszulce (pod lewym rękawem), co było dość dobrze widoczne, heheh :-)

Był to mój pierwszy koncert IM, spodziewałem się że mój ulubiony zespół zrobi show którego nie zapomnę, że wrażenia będą duże, ale to co zobaczyłem, usłyszałem i przeżyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jeśli ktoś był, to wie o czym mówię. Najbardziej żałuję tego, że następnego dnia o taj samej porze nie było mnie w warszawskim Torwarze. Na koniec pozdrowienia dla Kuby i Janusza (dobrze zapamiętałem imiona?) czyli dwuosobowej ekipy z Nowego Sącza, no i oczywiście dla wymienianej tu kilka razy kobiety, której imienia niestety nie znam...