Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Megadeth
Miejsce: Niemcy, Hamburg, SportHalle
Data koncertu: 12.09.1999
Autor relacji: Filip Malinowski
Na stronie od: 27.06.2000



"Jesteśmy lepsi niż Metallica" - oznajmił niedawno Bruce Dickinson w jednym z wywiadów. Niezły slogan reklamowy - pomyślałem w pierwszej chwili. A potem zacząłem się zastanawiać. No bo z jednej strony nigdy nie widziałem koncertu lepszego niż te Metalliki, no a z drugiej... nie widziałem też na żywo Iron Maiden z małym wielkim Brucem na wokalu.

Żeby przekonać się o wyższości ktoregoś z tych zespołów, najprościej byłoby zobaczyć oba od razu, jeden po drugim na tej samej scenie. Taka okazja pewnie prędko sie nie zdarzy (bo kto niby miałby być supportem?), póki co pojawiła się możliwość porównania sił siedmioosobowego (licząc z Eddiem) I. Maiden z inną "niegdyś legendą thrash metalu". Ale na dobrą sprawę nie mogło tu być mowy o konfrontacji - muzycy Megadeth dobrze wiedzieli, kto tu rządzi, co było widać już od pierwszych minut ich koncertu. Właściwie zero ruchu na scenie, żadnego zagadywania do publiczności (tylko w czasie singlowego "Crush'em" z nowej płyty Mustaine wyraźnie się ożywił), a całą scenografię stanowiła wielka płachta materiału z logo zespołu, której głównym zadaniem i tak było chyba ukryawanie tego, co miało być odsłonięte dopiero w czasie występu gwiazdy wieczoru. No ale za to muzyka od początku była najwyższych lotów. No, prawie od początku... po najeżonym samplami "Prince Of Darkness" z nowej płyty poleciało to, od czego zwykle (także w Katowicach) zaczynali - "Holy Wars". A potem niemal do końca same mega-klasyki, m.in. "In My Darkest Hour", "Peace Sells", "Symphony Of Destruction", "Sweating Bullets" z przerwami na spokojniejsze hiciory - "A tout le monde", "Trust" czy wspomniane "Crush'em".

W tym momencie do pełni szczęścia brakowało mi już tylko jednego... polskiej publiczności. Bo jedyną reakcją tej niemieckiej było skandowanie: "Maiden, Maiden"! Chociaż z drugiej strony... dobrze jest od czasu do czasu znaleźć się na koncercie pod samą sceną po to tylko, by chłonąć muzykę. Z głową u góry, nogami twardo stojącymi na ziemi, nie martwić się o to ile włosów wyrwą mi ci napierający z tyłu albo czy w ogóle dotrwam do końca koncertu. U nas to chyba nie do pomyślenia... Tak samo jak wypuszczenie Megadeth bez bisów (i tym samym bez "Anarchy In The UK"). Cóż... niemiecka publika pewnie w większości z ulgą przyjęła zapalenie się świateł - to oznaczało bowiem rozpoczęcie przygotowań do występu głównej gwiazdy wieczoru. Wreszcie, dokładnie kwadrans po dziewiątej - zaczyna się! Gasną światła i przy dźwiękach utworu "Transylvania" następuje kilkuminutowa prezentacja gry komputerowej "Ed Hunter" na trzech dużych ekranach zawieszonych nad sceną, po czym Eddie przemawia głosem Churchilla, a coraz głośniejszy warkot silników zwiastować może tylko jedno - "Aces High". Lepszego utworu na wejście chyba nie można sobie wyobrazić. Okazje do solowych popisów dla wszystkich sześciu muzyków, od samego początku świetne brzmienie, znakomita oprawa świetlna, zmieniające się z tyłu sceny na wielkim ekranie obrazki z okładek płyt. Tylko jak tu biedny fan pod sceną, dysponując jedną zaledwie parą oczu, ma to wszystko zobaczyć?! Kolejne klasyki przelatują ("Wrathchild", "2 Minutes To Midnight", "The Trooper", "The Evil That Men Do"), a ja mogę tylko żałować, ze wciąż muszę wybierać, na co chcę w danej chwili patrzeć. Czy podziwiać kunszt S. Harrisa, czy D. Murraya grającego akurat solówkę z drugiej strony sceny? Czy śmiać sie z wyczynów Gersa, który radośnie podrzuca sobie gitarę, gdy akurat nie ma nic innego do roboty, czy może obserwować akrobatyczne popisy Dickinsona gdzieś tam na podwyższeniu w głębi sceny? Tylko Adrian jakby spokojniejszy... ale przychodzi pora i na niego. Nie miota się wprawdzie po scenie jak Bruce, nie przekomarza z publicznością jak Murray i Gers, nie wyśpiewuje wszystkich tekstów z nogą na odsłuchu jak Harris, ale za to jak gra! Przepiękna solówka w "Wasted Years" w całości przypada w udziale właśnie jemu. Nie musi sie nią dzielić z żadnym z dwóch pozostałych gitarzystów. Brzmi to może śmiesznie, ale cóż... takie czasy nastały w Maiden. Solówek w ich twórczości na szczęście dostatek, więc każdy z trzech gitarzystów ma swoje pięć minut albo i więcej. No a Bruce? On w centrum uwagi jest przez cały czas. Nie tylko wtedy, gdy wspina się na jedną z wieżyczek z boku sceny, by po chwili z niej zeskoczyć albo gdy krzyczy "Scream for me Hamburg!" czy wreszcie gdy w czasie "Powerslave" zakłada maskę, ale także wtedy, gdy po prostu śpiewa. Jest naprawdę w szczytowej formie, chyba jeszcze lepszy niż przed feralnym 93 rokiem. Wszelkie porównania z Blazem nie mają chyba w tym miejscu większego sensu. Wystarczyło osłuchać ktoregoś z utworów z dwóch ostatnich płyt. "Man On The Edge" zaśpiewane przez Bruce'a okazało się świetnym kawałkiem na miarę starych hitów Maiden , a "Clansman" dopiero teraz zabrzmiał jak prawdziwy hymn o wolności. Tak, ten utwór na poworcie Bruce'a zyskał najwięcej! No a zagarali jeszcze "Futureal", którego zepsuć nie mogło nawet pojawienie sie na scenie Eddiego. Tym bardziej, że jak zwykle zapewniło ono dodatkowe atrakcje: najpierw pojedynek z Dickinsonem, ktory zamiast szpady użył statywu od mikrofonu, a pózniej z Gersem, który z kolei posłużył się gitarą. Były kawałki Blaze'a, musiały pojawić się też kolejne, oprócz wspomnianego "Wrathchild" utwory z pierwszych dwóch płyt, z czasów gdy w Maiden śpiewał Paul Di'Anno. I tak usłyszeliśmy najgoręcej chyba przyjęte przez niemiecką publiczność "Killers" i "Phantom Of The Opera". Najgoręcej, jeśli nie liczyć "Fear Of The Dark", od lat stałego punktu koncertu, jak zwykle odśpiewanego przez publikę; warto wspomnieć, że tu chór był stosunkowo nieliczny - jakieś pięć tysięcy gardeł, tyle tylko mieściła hamburska Sporthalle. No a potem kolejny stały punkt programu, czyli "Iron Maiden" z obowiązkowym pojawieniem się Eddiego, który tym razem górował nad zestawem perkusyjnym Nicko McBraina. A później już tylko pożegnanie z publiką, rozrzucanie gadżetów i... oczywiście bisy. Przecież nie zagrali jeszcze nic z "The Number Of The Beast"! Teraz wynagrodzili to z nawiązką, usłyszeliśmy aż trzy utowry z tej płyty, najpierw tytułowy, potem "Hallowed Be Thy Name", a na sam koniec pogoń za Indianami - "Run To The Hills".

Teraz wiem już, że - niezależnie od tego, co uda im się stworzyć razem w studio (nową płytę Bruce zapowiedział na przyszły rok) - nowe-stare Maiden na żywo robi piorunujące wrażenie; po takim koncercie mogę chyba spokojnie umrzeć, bo co lepszego miałbym jeszcze zobaczyć? Że niby Metallica miałaby ich przebić? Chyba tylko z orkiestrą symfoniczną...