Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Dirty Deeds
Miejsce: Katowice, Spodek oraz Warszawa, Torwar
Data koncertu: 20.06.2000 (Katowice), 21.06.2000 (Warszawa)
Autor relacji: Brangien
Na stronie od: 12.07.2000



Kiedy jakiś czas temu dowiedziałam się, że Bruce i Adrian ponownie zwarli szeregi z Iron Maiden, ucieszyłam się ogromnie i natychmiast pomyślałam, że mogliby to uczcić jakąś trasą. Tak też się stało. Lecz kiedy dowiedziałam się, że zajrzą też do Polski... chyba każdy prawdziwy fan czuł wtedy to samo co ja. Jak zwykle starzy dobrzy Ironi przeszli najśmielsze oczekiwania chyba nas wszystkich...

Już miesiąc wcześniej zakupiłam sobie bilet do Katowic i cały ten czas niecierpliwie oczekiwałam rozmyślając i słuchając Iron Maiden, oczywiście ;) . Chęć maksymalnego wykorzystania okazji zobaczenia tak niesamowitego widowiska popchnęła mnie do wzięcia udziału w konkursie i wygrania biletu jeszcze do Warszawy. Nastawiłam się zatem na "ciężki" tydzień...


Katowice, Spodek - 20.06.2000, godzina 19:00 mniej-więcej.

Kiedy już dostałam się na miejsce, serce aż radośniej mi zabiło na widok tych czarnych tłumów i pięknych flag, jakie skumulowały się pod Spodkiem. Jeszcze chwila i już można było ustawić się kulturalnie w kolejce i powoli wtłaczać się do wewnątrz. Wszystko przebiegało zaskakująco kulturalnie i sprawnie - w porównaniu z koncertem z roku 1998.

Kiedy już znalazłam się na płycie, Dirty Deeds rozpoczęło zagrzewać publikę. Z tego co widziałam, najwięksi maniacy już zaczęli mały młynek pod sceną. Postanowiłam się przysłuchać dokonaniom tego młodego, jak sądzę, zespołu, który - jak słyszałam - pochodzi z wytwórni Steve'a Harrisa; faktycznie widać było pewne naleciałości w graniu i zachowaniu... Muzyka niezbyt wyrafinowana, trochę "na jedno kopyto", nieco zapożyczeń z zespołów z większym stażem. Ogólnie sprawiali nienajgorsze wrażenie, tylko trochę muzykę musieliby doszlifować. Jak na rozgrzewkę - może być i życzę im powodzenia w dalszym rozwoju.

Po trochę przydługim supporcie nastąpiła bardziej przydługa przerwa na przygotowanie sceny pod gwiazdy. Dekoracja trochę mnie niepozytywnie zaskoczyła z początku: była to jedynie czarna materia, za którą chowały się jakieś kawałki rusztowań, drabin i czego tam jeszcze. Dość skromnie. Ludzie na płycie natychmiast znaleźli sobie zajęcie i zgotowali taki kocioł, jakby ktoś w publice wielką łychą zamieszał. Poprzewracaliśmy się trochę, aż wreszcie nastały długo wyczekiwane ciemności... Szszszur! I za scena pojawiła się firanka z rysunkiem z nowej płyty, Eddie figlarnie błyskał oczkami. Rozległa się jakaś muzyka (coś a la Carmina Burana Carla Orffa, ale dokładnie nie wiem co to było) i na scenę wskoczyli, przywitani radosnym wrzaskiem z wszystkich gardeł, członkowie zespołu. W tym momencie straciłam ich widok, gdyż rozszalały tłum rzucił się do przodu radośnie śpiewając "The Wicker Man". Siła z jaką został zagrany utwór z nowej płyty nastroiła mnie bardzo optymistycznie, gdyż po dwóch poprzednich nagraniach (" The X Factor" i "Virtual XI") zaczynał mnie niepokoić kierunek, w jakim Iron Maiden podąża. To, oraz usłyszana kiedyś wypowiedź Steve'a, że dwie wymienione płyty uważa za jedne z najlepszych, spowodowało, ze z lekką obawa oczekiwałam "Brave New World". Jednak kiedy w zespole jest Bruce - tej niesamowitej mocy zabraknąć nie mogło. Z przyjemnością chłonęłam ten jak również następny kawałek - "Ghost Of The Navigator". Tytułowy "Brave New World" zabrzmiał wyśmienicie w wersji "live", zatem na przyszłość są to już kawałki do wpisania na stałe w koncerty. I po tym hucznym początku pora była odpowiednia, aby przypomnieć conieco z historii dokonań zespołu, zatem rzuciłam się w młyn przy dobrze znanych dźwiękach "Wrathchild". Pierwsze minuty młynu to był prawdziwy armageddon...! Zaraz potem nastąpiło "Two Minutes To Midnight" i po charakterystycznym wstępie ruszyło szaleństwo - zarówno pod sceną jak i na scenie. Panowie, już nie pierwszej młodości, bawili się jak dzieci, wyczyniając przy tym sztuczki przeróżne z instrumentami. Ludzi dopadło pierwsze zmęczenie i dobrze się stało, że jako kolejny kawałek pojawił się "Blood Brothers". Utwór z płyty jeszcze ciepłej, a już wyrykiwany przez tłumy. Tak się towarzystwo rozkołysało, że i następny numer też był nastrojowy: zrobiło się ciemno, zabrzmiały chóry rodem ze średniowiecznych klasztorów, a na scenę osunął się ukrzyżowany Jezus Dickinson z anielskimi skrzydłami. Zszedł z krzyża i rozpoczął "Sign Of The Cross", a skrzydła spłonęły. Wrażenie było piorunujące i bardzo trudno opisać to, co się czuło wtedy. Myślę, że łomot szczęk opadających na podłogę mógłby przybliżyć ten efekt. Po tych mrocznych i podniosłych chwilach, pora była na coś ostrzejszego: zmiana klimatu i ponownie ostra jazda z "The Mercenary", a potem "The Trooper" - tu za scenę wjechała odpowiednia firanka - jaka? Myślę, że wszyscy wiedza. Bruce śpiewał, biegał po scenie i wymachiwał brytyjskimi flagami. Po żywiołowym kawałku nastąpiło "Dream Of Mirrors", które wydało mi się być dość kontrastowym zestawieniem. Tak też troszeczkę ludzie zwolnili i głośno, zgodnie wyśpiewywali refren. Po usłyszeniu "this song is about William Wallace" i stosownej firance, która się natychmiast pojawiła z tyłu sceny, wszyscy już wiedzieliśmy, co będzie grane. "The Clansman", i refrenowe "freedom!!!" wykrzykiwane na pełne gardło, przy akcencie oślepiająco jasnych świateł byłoby podobne do wykonania Blaze'a, gdyby nie to, że prawdziwy ogień włożył w ten utwór Bruce i dopiero teraz ta piosenka oddawała prawdziwą szkocką naturę. Teraz utwór brzmiał, jak taki naprawdę stworzony przez Ironów. "The Evil That Men Do" i na scenie zagościł Eddie - wielki i brązowy, ze świecącymi na czerwono oczami. Zamachał do nas i ruszył naprzykrzać się Janickowi (i całej reszcie zespołu też), który pogonił go swoim wiosłem. Akurat w tym momencie miałam najwspanialszy widok podczas całego koncertu; siedząc koledze na barkach obserwowałam wrzeszczące morze głów, las rak wyciągniętych w rozmaitych gestach, tu i ówdzie flagi. Tak dotrwałam do upragnionego przez wszystkich "Fear Of The Dark", przy którego charakterystycznym wstępie pojawiły się to tu, to tam ogniki z zapalniczek, kiwających się rytmicznie wraz z tłumem. Pierwsza zwrotka się skończyła i wleciałam w regularny kocioł, gdzie wszyscy miotali się w szaleńczym amoku. Nie czekając aż publika ostygnie Iron Maiden zagrali... "Iron Maiden", co oczywiście wywołało właściwą reakcję... Było już zwyczajowe "Scream for me, Katowice!!!", przy czym wywrzaskiwaliśmy sobie gardła, dopóki mogliśmy. Wtedy to raz jeszcze zobaczyliśmy Eddiego - był gigantyczny, rozglądał się wokół swoimi świecącymi, czerwonymi oczkami, a z jego brzucha wyszedł Bruce wraz z trzema postaciami odzianymi na biało... Widziałam tylko, jak w powietrzu pofrunęły fragmenty perkusji, kostki... Pomimo totalnego ogłuszenia, poczucia braku gardła i nóg z waty, kiedy tylko usłyszeliśmy, ze to już koniec, podniósł się ogłuszający wrzask i gwizd. Na pożegnanie zrobiło się ciemno. Ale gdy za sceną wjechała kolejna firanka i usłyszeliśmy gdzieś z głośników: "Woe to you, oh Earth and Sea, for the Devil sends the beast with wrath, beacause he knows the time is short... Let him who hath understanding reckon the number of the beast for it is a human number, its number is Six hundred and sixty six.", wiedzieliśmy co się święci. Swoją drogą rozbawił mnie widok takiej masy Metali, których tak często posądza się o satanizm, sympatyzowanie z Diabłem, etc., recytujących zgodnym chórem ustęp z Biblii...Na bis poleciało "The Number Of The Beast" , a zaraz po nim rozbrzmiało ciche intro, z dzwonami, do "Hallowed Be Thy Name" - kto jeszcze mógł, starał się pląsać, choć widać było, że ludzie ciągną na ostatnich siłach. Jeszcze zabawa z publicznością przy ostatnim już tego wieczoru utworze - "Sanctuary". I ostateczne pożegnanie, pomimo usilnych próśb, gróźb (?!) i nawoływań publiczności. Trzeba się było już rozejść... Zapaliły się światłą, z głośników poleciało "Always Look On The Bright Side Of Life" i ludzie, radośnie pogwizdując, udali się do wyjść. Ledwie trzymałam się na nogach, podobnie jak inni, lecz byłam - jak wszyscy - ogromnie szczęśliwa.

Warto wspomnieć o niesamowitych efektach pirotechnicznych i wizualnych - prawie każde mocniejsze uderzenie w utworach akcentowane było wybuchem, czy iskrzeniem. Podczas "Sign Of The Cross" po suficie latały krzyże, a na sam koniec "zapłonął" Eddie.

Każdy wie, jaki kontakt z publicznością nawiązuje i utrzymuje Bruce Dickinson... Dodam tylko, że co jakiś czas, prócz tradycyjnej "międzyutworowej" pogawędki, Bruce informował nas o wyniku meczu Anglia - Rumunia. Kiedy doszło do zagrożenia pozycji Anglików w tej rozgrywce, Bruce chciał - na znak protestu - zejść ze sceny, ale jakoś jednak został i poprowadził koncert do końca... Koncert tak niezwykły, że na pewno wspomnienia po nim pozostaną na długie lata, jeśli nie do końca życia. Zawsze teraz, kiedy będę słuchać któregoś z utworów, pojawi mi się ogromny banan na twarzy. Fakt, że zabrakło kilku utworów, których się każdy spodziewał lub chciał usłyszeć, lecz obecny repertuar Iron Maiden jest przecież tak wielki, że gdybyśmy chcieli usłyszeć wszystko, co kochamy, trzeba by pomyśleć nad kilkudniowym festiwalem...


Warszawa, Torwar - 21.06.2000, godzina... nie pamiętam... chyba około 19:00.

W drodze do Warszawy spotkaliśmy dwóch nieco starszej daty fanów i już w pociągu rozgrzewaliśmy się przy "Live After Death"... Idąc na Torwar zebraliśmy jeszcze trochę ludzi i wkrótce była nas już pokaźna ekipa (tutaj pozdrowienia dla ludzi z Sieradza i Rawicza!). Byliśmy trochę zaskoczeni, gdy dotarliśmy na miejsce; Torwar to dość mały obiekt, jak na taki wielki koncert. Gdy znaleźliśmy się wreszcie w środku, Dirty Deeds zaczęli już grać. Lista utworów była taka sama, jak dnia poprzedniego w Katowicach. Zespół wydawał się być tym razem trochę bardziej rozluźniony, nawiązał lepszy kontakt z publicznością, chociaż spęd katowicki wydawał się być (był!!!) bardziej przyjazny; ludzie tutaj (w Warszawie) nie przyjęli zespołu z takim entuzjazmem, jak to miało miejsce w Katowicach. Lecz cóż tu dużo rozprawiać - w końcu nadszedł ten upragniony moment - Dirty Deeds zeszli ze sceny i zapadły ciemności... Oczekiwaliśmy w pełnym napięciu - nie mniejszym jak w dniu poprzednim... Za scenę wjechała dekoracja, rozległy się pierwsze dźwięki - niemal zupełnie zagłuszone przez publiczność. Wreszcie Iron Maiden wbiegli na scenę, powitani radosnym zgiełkiem tłumu. Zaczęło się od "The Wicker Man" i koncert potoczył się według scenariusza z dnia poprzedniego. Tyle, że przez połowę koncertu nie widziałam nawet sceny i nie wiem, czy również była zmiana dekoracji, czy też nie (to znaczy teraz już wiem, że nie było, bo Torwar nie byłby w stanie unieść tych wszystkich konstrukcji). Niestety nie było też wielu efektów pirotechnicznych (prawdopodobnie ze względu na to, że Torwar jest zbyt mały i mogłoby to stanowić jakieś zagrożenie). Aby wynagrodzić te braki, Bruce (jak i cały zespół zresztą) robił chyba wszystko, co mógł: szalał po scenie, pojawiał się to tu, to tam, wdrapał się na rampę - pod same światła - i machał do nas... nogami. Zabrakło niestety niesamowitego efektu z początku "Sign Of The Cross" - "warszawska" publiczność nie zobaczyła Bruce'a Chrystusa - jak się później dowiedziałam, instalacja krzyża na tej scenie byłaby zbyt ryzykowna. W pewnym momencie, przed którymś z nowych kawałków, Bruce zagadnął do nas:

"How many of you lot have got our new album?"
Podniósł się autentyczny las rąk.
"...Oh, shit...."
śmiech.
"That means, that we can't make any mistake, 'cause you'll spot it!"

No i zagrali. A jak to mistrzowie - bez pomyłek. Oczywiście było niejednokrotnie wznoszenie wrzasku przez opętanych fanów (nas wszystkich tam obecnych), gdy słyszeliśmy "Scream for me, Warszawa"...

I jeszcze jeden fragment, który szczególnie utkwił mi w pamięci: koncert już dobiegał końca, Adrian, Dave i Janick wyciągali z gitar ostatnie brzmienie, a Bruce podziękował nam mniej - więcej takimi słowami (po angielsku, oczywiście, ale dokładnie to nie jestem w stanie odtworzyć, jak to brzmiało): "Oto nowy etap w życiu Iron Maiden, w którym wkraczamy w Odważny Nowy świat... to wy, fani, jesteście tym Odważnym Nowym światem... Dzięki". Nie da się opisać, co te słowa wywołały na sali...

I nastał definitywny koniec koncertu... Podobnie jak w Katowicach, ludzie rozeszli się pogwizdując "Always Look On The Bright Side Of Life". Najeżone pióra, wyszczerzone w radosnym uśmiechu zęby... zmęczeni, ale wielce szczęśliwi...

...W oczekiwaniu na pociąg słuchaliśmy w "Trójce" wieczorku z Iron Maiden, wsłuchując się w każde słowo, które mówiło o Żelaznej Dziewicy i ich koncertach. Słuchaliśmy wspominek i sami wspominaliśmy coś, co zachowamy w naszych Metalowych sercach aż po kres naszych dni...

Po obydwu koncertach można by podsumować organizację, bo samych Iron Maiden nie śmiem tu podliczać - każdy ocenia ich podług własnego gustu; w moim przypadku - praktycznie bezkrytycznego. Z organizacją natomiast sprawa ma się inaczej: Otóż Spodek - trudno tu coś zarzucić. Wejście odbyło się - w miarę możliwości - bez większych kłopotów, było mnóstwo szatni, aby można było pozostawić swoje rzeczy. Wprawdzie w czasie koncert czasami brakowało wystarczającego na tak gorącą atmosferę nawiewu i można się było momentami poddusić; mała sikawka zraszająca publiczność okazała się niewystarczająca... Natomiast po koncercie nie było większych problemów z nabyciem czegoś do picia i można było spokojnie ochłonąć. W Warszawie sprawa organizacji pozostawia wiele do życzenia: po pierwsze - już od wejścia były problemy: stłoczony tłum fanów spowodował prawdziwe oblężenie wejścia. Nikt nie uprzedził o tym, że należy pozbyć się ozdób w charakterze ćwiekowanych pasków, czy pieszczoch, toteż pozostawić je trzeba było przed Torwarem. Wewnątrz - po pierwsze brakowało szatni (to znaczy, one tam były, ale nie wiem czemu - niedostępne w danym dniu), zatem na salę musieliśmy się ładować ze wszystkimi tobołkami, jakie wielu z nas miało ze sobą, przyjeżdżając bezpośrednio na Torwar. Druga rzecz, która mnie zadziwiła i zirytowała, to była barierka biegnąca w poprzek "płyty" - nie mam pojęcia po co, bo nawet jeśli organizatorzy chcieli w ten sposób oddzielić młyn od nie-młyna, to im to nie wyszło, gdyż z obu stron tej przegrody odbywało się regularne pandemonium, a ludzie co jakiś czas "przepływali" z jednej strony na drugą. Jedynie podziękowania się należą organizatorom za skombinowanie autobusów, które dowiozły nas dość szybko na dworzec PKP.

Podsumowując, stwierdzić śmiało można, że Spodek katowicki jest miejscem bardzo dobrym na tak ogromne spędy, a Warszawa stoi daleko w tyle. Prawdopodobnie jest tak dlatego, ze organizatorzy w Katowicach mają większa praktykę, większe doświadczenie i większy obiekt do dyspozycji. Spodek jest na tyle duży, że był w stanie nie tylko pomieścić ogromne ilości ludzi, lecz także pozwolił na bezpieczne przedstawienie niesamowitych efektów specjalnych towarzyszących temu koncertowi, współtworzących niezwykłe i niezapomniane widowisko...