Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Dirty Deeds
Miejsce: Katowice, Spodek
Data koncertu: 20.06.2000
Autor relacji: Maciej Mąsiorski
Na stronie od: 16.07.2000

Relacja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



Wreszcie w Polsce, wreszcie z Dickinsonem... Nie trzeba przekonywać, jak bardzo wyczekiwany był ten koncert, tym bardziej że poprzedni, zagrany przed dwoma laty z Blaze'em Bayleyem na wokalu, mógł pozostawić pewien niedosyt. Katowicki "Spodek" miał więc przeżyć ponowną inwazję fanów metalu, którzy przybieżeli tu obejrzeć i wysłuchać na żywo prawdziwej legendy swojej ukochanej muzyki.

Licznie przybyłą publiczność miała rozgrzać i przygotować na nadejście wielkich grupa Dirty Deeds. Zespół zaprezentował dość typową porcję metalu w stylu, a jakże, "ironowskim". Przyznam szczerze, że w porównaniu z większością supportów zabrzmieli nawet całkiem ciekawie, nie aż tak strasznie monotonnie i nużąco, czym zdobyli sobie nawet wśród publiczności coś w rodzaju sympatii i aprobaty. Głośne i liczne owacje wieńczące ich utwory oraz stosunkowo późno zaczynające się pojawiać skandowania: "Iron Maiden!" można uznać za sukces grupy, jako że nie jest łatwą sztuką nie zostać wygwizdanym, grając przed takiej klasy zespołem jak Iron Maiden.

Po dość długiej przerwie doczekaliśmy się wejścia Żelaznej Dziewicy. Panowie musieli oczywiście wejść w nieprzeciętnie efektowny sposób, myślę, że eksplozja czerwonego ognia była pomysłem na to całkiem udanym. Zaserwowano nam na dzień dobry "Wicker Man", który musiał pojawić się tego wieczora jako najbardziej promowany z nowej płyty - utwór zdecydowanie pasuje jako start, ja jednak troszkę rozczarowałem się nie usłyszawszy "Aces High"... Repertuar koncertu miał się okazać całkiem bogaty w nowe numery. Po "Wicker Man" usłyszeliśmy jeszcze "Ghost Of The Navigator" oraz "Brave New World", po czym przyszedł czas na starszy "2 Minutes To Midnight" - żelazny punkt każdego koncertu Ironów.

Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć Ironów z trzema gitarzystami. Muszę przyznać, że scena wydawała mi się trochę zatłoczona... Byłem też od początku ciekaw, jak panowie wioślarze dogadają się w sprawach solówek. Jak się okazało, większość wziął na siebie Murray, co mnie zresztą ucieszyło, gdyż jest z całej trójki niewątpliwie najsprawniejszy technicznie i najbardziej pomysłowy. Reszta solówek prawie w całości przypadła Gersowi, natomiast Smith praktycznie wyłącznie skupiał się na grze rytmicznej. Harris jak zwykle z niezwykłym zapałem podśpiewywał sobie pod nosem wszystkie dosłownie teksty, Dickinson natomiast hasał żwawo po całej scenie, niejednokrotnie wspinając się na specjalnie przygotowane podesty. Co jakiś czas raczył nas również informować o stanie meczu, który odbywał się równolegle z koncertem - należy pamiętać, że panowie z Iron Maiden są zagorzałymi fanami piłki nożnej, a w trakcie koncertu ich ojczysta reprezentacja Anglii grała z Rumunią o wyjście z grupy. Bruce nie krył swoje dezaprobaty, kiedy wyszedł poinformować nas, że Rumunia strzeliła drugiego gola i jest remis 2:2.

Jak na Ironów przystało, koncert musiał być przy okazji niezapomnianym widowiskiem. To chłopakom zdecydowanie wyszło, przygotowanie sceny i liczne efekty robiły wrażenie potężne, znacznie większe niż dwa lata temu. Najlepszy punktem koncertu według mnie - zarówno pod względem muzycznym, jak i widowiskowym - był "Sign Of The Cross"... Podczas ciężkiego, instrumentalnego początku, będącego niejako preludium do ostrej, wokalnej części utworu, zza sceny wyjechał w górę uskrzydlony krzyż z rozciągniętym nań Dickinsonem... Tłum po prostu oszalał. Był oczywiście i Eddie - najpierw stosunkowo nieduży, może 4-metrowy, pobłyskujący czerwonawo oczami - przyszedł, aby pobić się z Gersem. W ostatnim przed bisami utworze "Iron Maiden" natomiast pojawił się potężny słomiany Eddie w tyle sceny, z którego brzucha najpierw Dickinson wyciągnął kilka śnieżnobiało odzianych dziewcząt, a który potem cały spłonął w potężnych (choć nieprawdziwych) płomieniach. Całości widowiska dopełniły świetnie akcenty w "The Number Of The Beast", pierwszym z bisów, podkreślane potężnymi wybuchami żywego ognia wzdłuż całej sceny.

Nie wiem jak innych, mnie jednak nieco rozczarował repertuar koncertu. Dużo nowych numerów - oprócz wymienionych było jeszcze "Dream Of Mirrors" i "The Mercenary" - taki już zwyczaj panów z Maiden. Nie chcę narzekać, zabrakło jednak kilku sztandarowych klasyków. Utwory, których mi brakowało to "Aces High", "Afraid To Shoot Strangers" no i przede wszystkim "Run To The Hills" - to był przecież zawsze żelazny repertuar Ironów, tak wiele wnoszący w ich koncerty. Czyżby panowie znudzili się graniem tych numerów i nie zważając na oczekiwania fanów postanowili wciskać nam tylko nowy materiał? Oczywiście musiało być i było "Fear Of The Dark", w którym Dickinson okazał się być niezłym inscenizatorem - zaczynając śpiewać miał totalnie przerażoną twarz i rozglądał się wokoło z ujmującym niepokojem. Nie zabrakło również (na szczęście) "Hallowed Be Thy Name", zagranego jako drugi bis, a także takich utworów jak "The Trooper", "The Evil That Man Do" i, zagrane jako trzeci bis już na samo zakończenie, "Sanctuary". Pojawiły się dwa utwory nagrane z Bayleyem - wymieniony już "Sign Of The Cross" oraz "Clansman". Muszę przyznać, że byłem bardzo ciekaw, jak zabrzmią w wykonaniu Dickinsona. Jak się okazało, jest on jednak niesamowitym wokalistą, trudnym do przebicia przez kogokolwiek - Blayze'owe utwory nabrały dzięki niemu prawdziwej mocy i wyrazu.

Koncert Iron Maiden był na pewno świetny i niezapomniany. Muzykom tej klasy naprawdę ciężko jest zagrać słaby koncert. Niesamowite widowisko pozwala wierzyć, że Ironi jednak chcą, aby publiczność czerpała z ich występów jak najwięcej satysfakcji. Myślę jednak, pomimo jak najlepszych wrażeń wyniesionych z wtorkowego spotkania z Żelazną Dziewicą, że legendę ciężkiego metalu stać jednak na troszkę więcej...