Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Halford, Entombed
Miejsce: Kanada, Toronto, Air Canada Centre
Data koncertu: 01.08.2000
Autor relacji: Juliusz Chroscicki
Na stronie od: 16.08.2000

Relacja pochodzi z serwisu "Rock i metal po polsku" (www.rockmetal.pl) i zamieszczona jest tu za zgodą zarówno jej autora, jak i webmastera w/w serwisu.



Toronto, pierwszy przystanek północnoamerykańskiej części trasy Brave New World. Ponad cztery tysiące fanów zgromadziło się w wygrodzonej części najnowszej sali widowiskowo-sportowej. Piwo jest niezłe, ale drogie tak jak pamiątkowe koszulki - piłkarskie wdzianko w "kolorach" Iron Maiden idzie za sto dolarów, trochę dużo jak na mój gust i kieszeń.

Pierwsi na scenę wyszli Entombed i zagrali ostro. Żadnych bajerów ani kombinacji, wszystko wedle recepty Kaczki - minimum słów, maksimum muzyki i to bardzo dobrej. Grali oczywiście bardzo szybko, ale również czysto i wyraźnie, stanowiąc odpowiednie tło dla chrapliwego głosu wokalisty. W sumie bardzo udane wprowadzenie.

Kiedy Iron Maiden zaczynali karierę, Judas Priest święcili już wielkie triumfy. Teraz Rob Halford otwiera występ Ironów. Ale takie koleje losu nie bardzo go chyba zmartwiły i zaprosił wszystkich na "Mighty Iron Maiden Tour". Ponad sceną zdjęcie z okładki płyty formacji Halford pod tytułem "Resurection" i taki był też tytuł pierwszego kawałka, Rob także nie okazał się gadułą i pozwolił mówić muzyce, bardzo zresztą dobrej. Następne dwa kawałki też pochodziły z nowej płyty (premiera ósmego sierpnia), a potem wspaniała wersja "Into The Pit" z pierwszej płyty Fight. Wreszcie przyszła kolej na utwór z repertuaru Judas Priest, był to "Stained Class", wykonany całkiem poprawnie przez młodych muzyków, tworzących nowy zespół Halforda. Głos Roba nie stracił nic ze swojej siły i przyjemnie było znowu go słyszeć. Już do końca nowe utwory (szczególnie utkwiły mi w pamięci "Silent Screams" i "Made in Hell") przeplatały się z klasyką: "Running Wild", "Electric Eye" oraz kończący występ "Tyrant". Przy pierwszych dźwiękach "The Hellion" publiczność powitała "zmartwychwstanie" Halforda potężnym rykiem. Welcome back Rob.

Po przerwie pierwszy na rozświetloną scenę wybiegł Adrian Smith. Scena otoczona była pokrytym malowidłami murem. Kolorowy malunek pokrywał również deski. Tu i ówdzie walały się fragmenty rusztowania, pozostałości po budowaniu nowego świata. Tło za scena przedstawiało okładkę najnowszej płyty, ale zmieniało się kilkakrotnie, w zależności od wykonywanych utworów. Przy pierwszych dźwiękach gitary Smitha, publiczność zerwała się na równe nogi i tak już pozostaliśmy przez następne dwie godziny.

Rozpoczęli od pierwszych trzech kawałków otwierających najnowszą płytę, a potem zagrali "Wrathchild" i "Two Minutes To Midnight". Zapowiadając kolejny nowy utwór, Dickinson, w mowie wiązanej, stwierdził, że nie jest to pożegnalna trasa z największymi przebojami, ale przyjechali promować najlepszy album w historii Iron Maiden. W sumie zaprezentowali "Brave New World" prawie w całości, co nie przeszkodziło im także zagrać paru starszych kawałków: "The Trooper", The Clansman", "The Evil That Men Do", "Fear Of The Dark". Przyjemnie było tego wszystkiego słuchać, jako że zespół był w wyśmienitej formie. Cała trójka gitarzystów zbierała się co jakiś czas w centrum sceny na gitarowe pogawędki. I chociaż Smith i Murray mieli swoje Sola, to chyba najwięcej pozostawili Gersowi. Gra McBaina i Harrisa też nie pozostawiała nic do życzenia. A Dickinson to już zupełnie osobny rozdział. Nie tylko potwierdził raz jeszcze, że potrafi śpiewać, ale także to, że jest doskonałym frontmanem o niespożytej energii. Ani przez chwilę nie pozostał w bezruchu: biegał po scenie i otaczających ja murach, przelatywał w powietrzu, podwieszony do rur "rusztowania". Na "Sign Of The Cross" przybył na scenę przyczepiony do krzyża ze stylizowanymi anielskimi skrzydłami, których pióra spłonęły w finale utworu. Kończący koncert "Iron Maiden" rozpoczął w plecionej klatce o kształcie Eddiego (on sam pojawił się wcześniej i stoczył pojedynek z Gersem) w towarzystwie biało ubranych dziewic, które zostały na koniec poświecone w rytualnej ofierze ognia. Na bis poszły "Number of the Beast". "Hallowed Be Thy Name" oraz "Sanctuary", który ostatecznie przemienił się w nawałę dźwięków pod hasłem "a teraz jak kto czuje".... Wyszedłem z koncertu podniesiony na duchu przeświadczeniem, że Metal ma się zupełnie dobrze, dziękuję.