Ostatnie:
Zespół:
Artykuły:
Inne:
Strona:

Koncert: Iron Maiden, Queensryche, Halford
Miejsce: USA, Filadelfia, E-Centre
Data koncertu: 12.08.2000
Autor relacji: Robert Kloczkowski
Na stronie od: 23.09.2000



Po koncercie Ironów w Warszawie bardzo żałowałem, że nie byłem na ich wcześniejszym show w Katowicach... Jednak w lipcu wyjeżdżałem do Waszyngtonu w USA więc miałem nadzieję, że Maideni będą grać w Stanach w tym czasie (tzn. w lipcu/sierpniu). I rzeczywiście! Pod koniec czerwca, jeszcze będąc w Polsce, dowiedziałem się, że jest już ustalona trasa po USA i Kanadzie! W Waszyngtonie nie mieli grać, a najbliższym miejscem, które mi pasowało okazała się Filadelfia. Koncert miał odbyć się 12 sierpnia 2000 roku. Kilka dni wcześniej (chyba 8 sierpnia) byłem zresztą na czacie z Bruce'm Dickinsonem. Zadali zresztą jedno z moich pytań!

Show miał rozpocząć się w sobotę, 12 sierpnia 2000 roku w Sony Entertainment Centre w Camden w stanie New Jersey (Filadelfia znajduje się w Pensylwanii, a koncert odbywał się po drugiej stronie rzeki Delaware River w w/w miasteczku) o godzinie 19.00. Publiczność wpuszczana była od 18.00. Po południu padał w New Jersey dość duży deszcz i zanosiło się na burzę, toteż na miejsce przyjechaliśmy z opóźnieniem - ok. 19.00.

Na szczęście się wypogodziło. Musieliśmy przejść jeszcze ok. kilometra z parkingu do obiektu. Był to całkiem duży (być może nawet większy od Torwaru) i nowoczesny budynek. Sala koncertowa była w kształcie amfiteatru i niestety nie posiadała płyty! Wszędzie były numerowane miejsca! Poza tym prawie cały obiekt był pod dachem. Za wyjątkiem tylnej części, gdzie dach się kończył i dalej rosła trawa, na której można było sobie siedzieć. Nie myślałem, że będzie to tak wyglądało. Nie lubię numerowanych miejsc i braku płyty! Ale nie było najgorzej...

Przed rozpoczęciem show kupiłem sobie dwie koszulki Ironów (były jeszcze droższe niż w Warszawie! Po 30$ jedna! Tylko, że w USA ludzi bardziej na takie rzeczy stać.) i plakat z Brave New World. Miałem naprawdę dobre miejsce po lewej stronie i nie aż tak daleko od sceny. Niestety spóźniłem się na koncert Roba Halforda... Miejsce zająłem dopiero pod koniec jego występu. Ale i tak nawet sam koniec wart był obejrzenia. W tle sceny powieszona była okładka jego nowej płyty (chyba pierwszej pod szyldem Halford) Resurrection.Koncert Roba wydał mi się dobrze przyjętym przez publikę, mimo że większość ludzi znajdowała się jeszcze przed budynkiem. Warto dodać, że na w/w albumie jedną piosenkę wykonuje...Bruce Dickinson ("The one you love to hate")! Niestety chyba nie pojawiła się ona w czasie koncertu. Show można też było oglądać w budynku przed wejściem do sali, gdyż znajdowały tam się telewizory pokazujące widowisko na żywo!

Po koncercie Halforda nastąpiła krótka przerwa, po której wciągnięto płachtę ze znakiem zespołu Queensryche, którego koncert rozpoczął się w chwilę później. Publiczność przyjęła ich występ bardzo dobrze (ale nie tak jak Maiden). Nagłośnienie było naprawdę dobre (było chyba głośniej niż w czasie występu Halforda), a publiczność nieco się ożywiła. Ten show był naprawdę dobry. Należy jeszcze powiedzieć coś o widowni. W Polsce ludzie reagują dziko, a w stanach większość osób jest drętwa. Na szczęście na terenie obiektu można było kupić piwo, więc przed koncertem Ironów ludzie byli już dość podchmieleni...

Gdy Queensryche skończył grać i zapaliły się światła dość dużo osób wyszło na zewnątrz obiektu lub do baru. Ja jednak prawie cały czas czekałem na wejście Iron Maiden. Po godzinie 21 (czyli tak jak w Warszawie) zgasły światła i w tle pokazała się znana wszystkim okładka "Brave New World". Rozległa się ta ponura, kościelna (chyba) muzyka, która w chwilę potem zmieniła się w początek "The Wicker Man". Tłum oszalał (może nie tak jak w Warszawie, ale jak na USA to nieźle). Było tak głośno jak na Metallice w Warszawie (1.06.1999 na Gwardii), ale jakość dźwięku była o wiele lepsza! Wokal Dickinsona był lepiej słyszalny niż w Warszawie, ale trochę razem z perkusją zagłuszał gitary i bas... Secik był nie zmieniony. Nie doczekałem się "The Fallen Angel". W czasie "Ghost Of The Navigator" jakiś upity widz wrzucił na scenę kubek z piwem! Dickinson dostał od obsługi technicznej szmatę, którą w czasie utworu suszył scenę. Bruce widocznie widział tę osobę, gdyż po zakończeniu piosenki wskazał na nią palcem, zaczął na nią bluzgać i kazał ochronie ją wyprowadzić! Później inne piwo trafiło Janicka w głowę, ale na szczęście nic mu się nie stało. W trakcie trwania tej piosenki pozwolił nam zaśpiewać kilka jej linijek, gdyż sam wycierał wtedy podłogę! Po "Brave New World" spytał, czy chcemy usłyszeć "stare, stare Maiden" i rozpoczął się "Wrathchild". Ogólnie całe show było udane, ale publiczność nie była taka jak w Polsce...

Z ciekawszych rzeczy dotyczących koncertu w Camden warto napisać, że Eddie, który wyszedł na scenę w czasie "The Evil That Men Do" był taki, jak z okładki "Ed Hunter'a", a nie jak normalnie w czasie Brave New World Tour, czyli wiklinowa kukła z "The Wicker Man'a". Dickinson co prawda nie wspinał się na słupy jak w Warszawie, ale zjeżdżał po linach na kolumny! W czasie koncertu zmieniały się też tła w czasie piosenek: "The Trooper", "The Clansman" i "The Number Of The Beast". Niestety nie było ich w Warszawie (Torwar, w którym odbywał się koncert miał w tym czasie remont dachu i nie można było podwiesić tylu rzeczy co zwykle.). Jednak przez większą część show tło było czarne! W czasie "The Sign Of The Cross" Bruce wjechał na scenę na krzyżu, który potem spłonął, a w trakcie "Iron Maiden" w tle była sceneria znana z teledysku "The Wicker Man" (duży wiklinowy Eddie z klatką z dziewicami w brzuchu, do której wszedł Dickinson). Poza tym wydawało mi się, że Bruce dwa razy na mnie spojrzał! Mogło to być możliwe, bo stałem niedaleko przejścia pomiędzy rzędami, które było oświetlone, a ludzie obok mnie w większości siedzieli.

Po koncercie szumiało mi w uszach, a musiałem jeszcze (co prawda jako pasażer) odbyć dość długą podróż autem do Waszyngtonu (koncert skończył się mniej więcej o 23.00, a ja dojechałem przed 3.00). Po drodze w barze szybkiej obsługi spotkałem wielu innych metali wracających z show do domu. Fajnie, że chociaż raz amerykańscy dresi się trochę bali. :-)

Niestety nie mogłem zrobić zdjęć, bo aparaty konfiskowali przed wejściem... :-(

Koncert Ironów w Filadelfii był wspaniały (jak chyba każdy koncert tej grupy). Jedyną wadą była publiczność i miejsce, w którym się odbywał. Ale i tak nie żałuję, że po raz drugi w tym roku byłem na show Iron Maiden.